Tak to jest: w blasku bojowej sławy obrońców stolicy w 1939, w glorii żołnierzy podziemnych i powstańców warszawskich blakną inne fakty chwalebne związane z codzienną, upartą, cywilną działalnością, prowadzoną w strasznych latach hitlerowskiej okupacji. Tak to jest, niesprawiedliwie. Czasem tylko, kiedy na przykład okazuje się, że pierwszy powojenny plan odbudowy Warszawy prezentowano władzom w marcu 1945 roku, ledwie w kilka tygodni po wyzwoleniu miasta, pada pytanie: Jak to było możliwe? Było możliwe, ponieważ przez te wszystkie lata środowisko warszawskich urbanistów i architektów - nieprzerwanie prowadziło studia nad planem miasta, które miało być lepsze od tamtego, dowojennego. Wejście w teren wykonawcy budującego jedno z pierwszych osiedli osiedli warszawskich, na Kole, poprzedziły lata pracy w konspiracyjnej pracowni PAU - Pracownia Architektoniczno-Urbanistyczna - działająca na terenie żoliborskiej WSM. Najpierw, w 1942 roku, były to studia nad planem Zachodniej Dzielnicy Mieszkaniowej, potem, w 1943/44, prace nad projektem osiedla mieszkaniowego "Koło". "Wiele było tych urbanistycznych etiud, wiele wariacji na temat przestrzennego ukształtowania osiedla na Kole. W jednej z nich - chyba na wiosnę 1944 - pojawił się długi budynek o łagodnie przegiętym obrysie zewnętrznym. Zachowany szkic tego wariantu stał się podstawą do opracowania powojennego projektu osiedla WSM, którego część zrealizowana została w latach 1947-1950" - wspomina prof. Helena Syrkusowa, która w roku 1942 po aresztowaniu i wywiezieniu do Oświęcimia profesora Szymona Syrkusa objęła kierownictwo nad pracami projektowymi Koła.
W 1947 roku rusza na Kole poligon prefabrykacji polowej. Podstawowym materiałem, z którego ma być budowane osiedle, jest gruz ceglany... (Miażdżony w młynach kulowych, łączony z cementem, formowany w bloczki ścienne albo pustaki stropowe.) Z pianobetonu wylewa się płytki licowe: a więc pierwsza mała prefabrykacja. Eksperyment. Wrzesień 1948 roku. Uczestnicy Kongresu Intelektualistów zwiedzają stolicę. Na ścianie jednego z nowych mieszkań Koła Pablo Picasso rysuje warszawską syrenę z kielnią w ręce. (Stanie się to udręką prawdziwą przyszłych użytkowników lokalu, którzy przez swoją siedzibę przepuszczą parę tysięcy zwiedzających, ciekawych, "co ten Pikas wymalował".)
Minęło 30 lat. Wycieczki zwiedzające Warszawę nie odwiedzają już Koła. Szkoda! To jest naprawdę znakomite osiedle. Dlatego namawiam: jeżeli chcecie zobaczyć świetną architekturę mieszkaniową i piękny plan osiedla - jedźcie na Koło Syrkusów!
Piotr Rafalski, Osiedla mieszkaniowe [w:] Jesteśmy w Warszawie. Miasto dawne i nowe, t. I, Warszawa, 1981
29 maja 2015
28 maja 2015
Zbrodnia za Budami. Potworne porachunki podmiejskich donżuanów
Duży rozgłos w dzielnicy Wolskiej wywołała makabryczna sprawa bestialskiego zamordowania dozorcy miejskiego Mączyńskiego przez dwóch kolegów, którzy zwabili go podstępnie do zagajnika za Budami.
Dominik Stefański kolegował z bezrobotnym Wacławem Szemborskim, który go często upijał, fundując wódkę i uczynił bezwolnem narzędziem w swych rękach. Pomiędzy Stefańskim a Mączyńskim dochodziło do częstych zatargów i bójek o sukcesy u dziewcząt, gdyż Stefański miał opinję wielkiego bałamuta, a Mączyński stawał mu na drodze. Raz pobili się dotkliwie i Stefański wrócił do domu z pokaleczoną twarzą. Niewiadomo jaki epilog przybrałaby bójka, gdyby nie przypadkowe nadejście Szemborskiego, który nietylko rozdzielił młodzieńców, ale skłonił ich nawet do pojednania.
Na trzeci dzień jednak Mączyński wyszedł z domu wywołany przez Szemborskiego i więcej nie wrócił. Stefański zaś, pracujący w gazowni na Woli, przechwalał się w gronie łobuzujących się rówieśników, że miał porachunki z pewnym "chojrakiem", któremu zadał 13 ran nożem. Opowiadanie to zbiegło się z zameldowaniem rodziców Mączyńskiego o zaginięciu chłopca. Wszelkie poszukiwania były daremne.
W tym samym czasie upity do stanu białej gorączki Szemborski przyznał się przed własnym ojcem, że brał udział w zamordowaniu Mączyńskiego i zawołał patetycznie:
- Ojcze, masz syna zbrodniarza!
Na dowód tych słów pokazał zakrwawiony długi nóż, straszne narządzie zbrodni.
Ojciec przeraził się i nazajutrz zaczął rozpytywać o udział syna w morderstwie. Ten wówczas nie chciął nic mówić i odesłał ojca do Stefańskiego. Ale i Stefański milczał jak głaz. Oświadczył, że na trzeźwo o tej sprawię mówić nie może i dopiero po kilku kieliszkach wódki oznajmił, że Mączyński padł zabity w bójce, gdy rzekomo pierwszy z nożem rzucił się na Szemborskiego.
Szemborskiego i Stefańskiego aresztowano. W policji złożyli oni zeznania dowodzące o zamordowaniu Mączyńskiego z całkowitym rozmysłem i dziką żądzą krwi. Stefański miał bowiem dość rywala i zaproponował mu wspólne wypicie wódki. Butelkę z wódką dał pierwszemu do picia Mączyńskiemu i w momencie, gdy ten zaczął pić podstępnie zadał mu cios w brzuch nożem i dobił rannego.
Narzędzie zbrodni kupił Szemborski na żądanie i za pieniądze Stefańskiego, co wskazywało, że przed zwabieniem Mączyńskiego do zagajnika, obaj zamachowcy dokładnie ułożyli plan działania. Zresztą Stefański za cenę 50 złotych skłonił Szemborskiego do pierwotnego wzięcia całej winy na siebie i osłaniania kolegi.
Stefański liczył, że i w Sądzie Okręgowym utrzyma się ta wersja, że mordercą był Szemborski, a gdy ten zaczął zwalać winę na kolegę, pomiędzy obu oskarżonymi omal nie doszło do bójki na rozprawie. Przewodniczący Sądu wydał zarządzenie aby oskarżeni usiedli na znacznej odległości od siebie i każdego osobno pilnowali policjanci.
Rozprawa sądowa dostarczyła wielu obciążających dowodów przeciwko obu oskarżonym, którzy, jak zeznali świadkowie ustawicznie upijali się i urządzali awantury z dziewczętami, zdobywszy sobie smutną sławę zawalidrogów w dzielnicy Wolskiej.
Prokurator Szulc domagał się surowego wymiaru kary.
Sąd Okręgowy skazał obu morderców Mączyńskiego po 12 lat więzienia.
ABC : nowiny codzienne. 1935, nr 195, str. 2
Zdjęcie: Pokolenie (1954), reż. Andrzej Wajda, scen. Bohdan Czeszko
27 maja 2015
Wystawa Budowlano-Mieszkaniowa Banku Gospodarstwa Krajowego w dzielnicy Koło w Warszawie - artykuł Zygmunta Skibniewskiego
WRAŻENIA
Wśród zwykłego bezładu stołecznego przedmieścia, u wylotu ulicy Górczewskiej w dzielnicy Koło uderza zdaleka widok niezwykły. Długa jasna linja pawilonów, szeregi lekkich masztów sztandarowych, urządzone ulice, zieleń i kwietniki, a dalej zespół skromnych, prostych i wesołych domów, ustawionych w dobrym szyku. — To „Wystawa Budowlano-Mieszkaniowa B. G. K.".
„Wyrosła" na miejscu niedawnych wydm lotnego piasku od jednego pociągnięcia, a w wyniku wielkiej pracy, jak rzymski obóz. Jest owocem świadomej myśli organizacyjnej dzielnych ludzi, którzy wbrew kryzysowym nastrojom, a nadewszystko, wbrew rodzimym „indywidualistycznym" skłonnościom do roboty w pojedynkę, zespołowo zrobili ten zespół domów, który pięknie oprawiony w ramy wystawy oglądamy na Kole. Jest on zawiązkiem przyszłego dużego osiedla mieszkaniowego, a obecnie tworzącą wystawowej imprezy.
Domy sa zupełnie zwykłe. Pojedynczo niema wyszukanych osiągnięć plastycznych, a dobór materjałów i konstrukcji nie wychodzi poza ramy codzienności. Zato
wykonanie każdego elementu wzorowe, w myśl doświadczeń poważnej praktycznej wiedzy jest bardzo dobrym popularnym wykładem, jak trzeba przy pomocy najprostszych,
wypróbowanych środków stawiać „dach nad głową".
Niezwykłość wydarzenia, które niewiele odpowiedników miało dotychczas w naszem środowisku polega na syntetycznem podejściu do zagadnienia budowy osiedla.
Cały zespół domów wybudowano odrazu! I tu zaczyna się powód szczerego entuzjazmu. Wybudowano na terenie, który z całą głęboką świadomością, tak bardzo u nas pożądaną, uprzednio zorganizowano. Po uporządkowaniu stanu prawnohipotocznego wykonano szereg robót inwestycyjnych — sanitarno hygieniczuych i komunikacyjnych, wodociągi, kanalizacja, przewody elektryczne i gazu, tramwaj lokalny, dołączenie tych urządzeń do sieci miejskich, wreszcie jezdnie, chodniki i odwodnienie ulic wewnętrznych, zieleń, ogrodzenia...
Uzbrojony w ten sposób teren zabudowano po linji jednolitej koncepcji. Długi szereg projektów typowych domów mieszkalnych, wykonanych przez licznych architektów, a stojących na bardzo różnych poziomach, otrzymany w wyniku konkursów B. G. K. starannie przepracowano. Standaryzacja elementów, podciągnięcie do wspólnego gabarytu, uszeregowanie w zdecydowanym porządku odsuwa na drugi plan mało interesujący indywidualnie wyraz pojedynczych domów, a z całą siłą skupia uwagę na mocnej ekspresji całości zespołu. Inteligentny reżyser, mając w swym ręku aktorów nierównej klasy dał, dzięki swemu talentowi inscenizacji, dzięki kulturze i związanemu z tem poczuciu prostoty widowisko o wysokim poziomie, które musi zebrać oklaski. Osiedle - Wystawa w całej swej skromnej skali jest właśnie najlepszej organizacji reżyserskiej wynikiem, a więc wydarzeniem nawskroś architektonicznem, we właściwem współczesnem, a jednocześnie odwiecznem dla kultury łacińskiej znaczeniu.
„Gotowa" forma w jakiej oglądamy wystawiony zespół mieszkań może nasunąć mylne wnioski o łatwości wykonanego zadania. Im prostszy a więc doskonalszy wynik, tem cięższa i trudniejsza praca go poprzedziła. Praca budowania, której ostatecznym wynikiem dla przeciętnego poszukiwacza mieszkań jest skromny domek, jego ogródek i meble, rozszerza się dziś niepomiernie. Do dotychczasowego zasięgu myśli architekta „artysty" z całą impulsywnością wtłaczają się zagadnienia społeczne, gospodarcze, biologiczne... nieoderwanie od olbrzymiego rozwoju techniki, która ma im służyć.
W wyniku dobrego zrozumienia tak szerokiego zasięgu, jaki musi objąć sprawa budowy mieszkań, a co zatem idzie organizowania życia zbiorowego, Gospodarze mieszkaniowej Wystawy na Kole dali gościnę świetnym eksponatom Biura Planu Regionalnego Warszawy, które rozwijają przed naszemi oczami dalekie, ale jakże wspaniałe perspektywy „mieszkaniowej wystawy" przyszłości. Doskonale opracowany zespół plansz potwierdza poglądowo konieczność umieszczenia sprawy mieszkaniowej na właściwem miejscu w długim łańcuchu przyczyn i skutków współczesnego życia. Małe mieszkanie, pozornie niezależne, musi zająć swoje ważne i wyznaczone podziałem funkcji miejsce nietylko w zespole domów, jak to ma miejsce na obecnej wystawie, ale zespołem w osiedlu, osiedlem w regjonie, grupie regjonów, kraju...
W bardzo dobrze rozwiązanych pawilonach wystawy ogólnej, towarzyszących właściwemu zespołowi mieszkaniowemu rozłożono długi szereg stoisk. Rozmaite instytucje dają znać społeczeństwu o swym udziale w pracy budowania mieszkań.
W pierwszym rzędzie Gospodarz Wystawy — Bank Gospodarstwa Krajowego. Akcja kredytowa tej instytucji objęła za pośrednictwem licznych oddziałów miasta całego Kraju. W okresie 1924 — 34 udzielono pożyczek budowlanych na sumę 612.220.832 zł., przyczyniając się do budowy 246.830 izb.
Środek ciężkości tych sum przesunął się w ostatnich czasach w stronę drobnego budownictwa prywatnego, na niekorzyść spółdzielni. Wśród licznych ciekawych danych z radością obserwujemy krzywą wysokości kredytów budowlanych B. G. K., która w stosunku do krytycznego roku 1933 znowu podnosi się stale.
Fundusz Pracy w olbrzymiej akcji walki z bezrobociem 45% sum przeznacza na rozbudowę osiedli.
Miasto - Warszawa poza omówionemi eksponatami Biura Planu Regjonalnego demonstruje prace różnych działów, współpracujących w rozwoju Stolicy, z Komitetem Rozbudowy na czele. Biuro Regulacji i Pomiarów wśród licznych ciekawych planów i danych statystycznych, wykazujących ogromny ruch imigracyjny do stolicy z jednoczesną tendencją odśrodkowości w wyborze miejsca mieszkania, propaguje w studjach urbanistycznych ciągle jeszcze radjalne systemy miast.
Z miejskich przedsiębiorstw, obficie obesłały wystawę Wodociągi i Kanalizacja. Poza eksponatami ilustrującemi procesy filtracji wody, jej wartości zdrowotnej i t. p. oglądamy w tym dziale ciekawe, a jednocześnie niepokojące zestawienie statystyczne, wykazujące koszty zaopatrzenia domu mieszkalnego w kanalizację i wodociąg na terenie różnych krajów Europy. Okazuje się, że bijemy rekord światowy w dwóch kierunkach. Najtańszy robotnik — najdroższy materjał i przyłączenie do sieci ogólnej. W rezultacie woda i kanalizacja, dla małego domku kosztuje u nas 4484 jednostek, gdy np. w Slokholmie 915. Za przyłączenie do sieci miejskiej płacimy 2000, Szwedzi zaś 182.
Zakład Ubezpeczeń Społecznych przedstawił rezultat kilkoletniej pracy swego biura budowy domów mieszkalnych. W okresie 1930 — 34 wybudowano 10582 izb w 4400 dobrze zaprojektowanych mieszkaniach za sumę 44.374.000 zł, Piękna akcja społeczna pociągnęła za sobą w tym oderwanym u nas niestety wypadku bardzo pomyślny okres budowlany dla współczesnej polskiej architektury. Zakład Ubezpieczeń Społecznych dzięki trafnemu doborowi i organizacji zespołu technicznego biura zdystansował chlubnie na pewnym odcinku inne budujące masowo instytucje, wytwarzając architektoniczną szkołę mieszkaniowego budownictwa.
Z oficjalnych instytucyj regionalnych tylko śląsk (Urząd Wojewódzki i Zarządy miejskie Katowic i Chorzowa) zasygnalizowały swoje studja, projekty i prace wykonane.
I tu podobnie jak w Warszawie wybijają się na pierwszy plan plansze Biura Planu Regionalnego, Obszar najsilniej skumulowanej pracy w Polsce musi więcej niż inne myśleć o wypoczynku swych mieszkańców. Słusznie więc władze śląskie równolegle z organizowaniem okręgu przemysłowego ujmują planem regjonalnym zagadnienia letnisk, uzdrowisk i turystyki, sięgając w piękne okolice Beksidu Śląskiego. W rezultacie współpracują regjon „czarny" i region „zielony", regulując planem podstawowe zagadnienia życia: mieszkanie,
praca, odpoczynek.
Dział Dydaktyczny uczy prosto i poglądowo prymitywnych zasad prawidłowego budowania i inwestowania domu mieszkalnego. Uwagę zwrócono przedewszystkiem w stronę drobnego budownictwa, które dziś masowo pokrywa tereny „osiedli" nie zaopatrzonych w zbiorowe inwestycje. Szereg plansz i modeli Departamentu Służby Zdrowia jest przykładem najprostszych sposobów zaopatrzenia działki budowlanej w dobrą wodę i usuwania nieczystości. Metoda wyjaśnień: „tak źle, a tak dobrze" powinna trafić do przekonania drobnemu ciułaczowi, zwiedzającemu wystawę, który marzy o najmniejszym własnym domu. Powinna mu trafić do przekonania również lekcja, jaka daje w sąsiedniem stoisku Poradnia Budowlana Polskiego Towarzystwa Reformy Mieszkaniowej, która go może choć w części odstraszy od powierzania swych oszczędności niezorganizowanym, doraźnie narajonym „budowniczym".
Zwiedzając wystawę na Kole obracamy się ciągle w atmosferze budowania na własność z małego uciułanego kapitału, wspieranego przez instytucje kredytowe.
Nasuwa się znowu stare pytanie jak ma sobie radzić, jak mieszkać po ludzku człowiek, którego zarobki z trudem pokrywają potrzeby dnia, nie będąc w stanie odłożyć kilku groszy, a który mieszka obecnie w warunkach gorszych niż jego praojciec z doliny Eyzies!
I na to pytanie odpowiedź na wystawie B. G. K. znajdujemy; coprawda raz tylko. Odpowiedziano w stoisku Towarzystwa Osiedli Robotniczych, tak skromnie, jaką jest z konieczności młoda działalność tej instytucji, a jednocześnie tak pięknie
jak ideje, którym służy.
Oglądamy szereg tablic, obrazujących grozę dzisiejszej skali mieszkania robotnika w Polsce, mieszkania przeludnionego, bez prymitywnych inwestycyj hygjenicznych, mieszkania - wylęgarni gruźliczych, niedorozwiniętych dzieci, gdzie śmiertelność noworodków grasuje z siłą, nigdzie na Zachodzie nie spotykaną. Tylko społeczna inicjatywa może tu radzić. Założenie Towarzystwa Osiedli Robotniczych było nieodzowną koniecznością,
a udział tej instytucji w Wystawie na Kole jednym z najszczęśliwszych momentów pracy uświadomienia ogółu w dziedzinie sprawy mieszkaniowej.
Naczelna zasada: „Mieszkanie T. O. R.-u kosztuje około 20 zł. i jest przeznaczone dla zarabiających do 250 zł. miesięcznie". Stwarza po raz pierwszy możliwość wprowadzenia polskiego „jaskiniowca" XX-go wieku do suchego, jasnego domu, w którym nareszcie ilość łóżek odpowie ilości osób w rodzinie. W kilku formach demonstruje T. O. R. typy takich mieszkań. Plany zespołów i pojedynczych elementów, makiety realizowanych w różnych miastach Polski domów, wreszcie dwa przykłady mieszkań w skali 1 : 1. Z tych szczególnie dobre, zastosowane obecnie w nowem osiedlu Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej na Rakowcu, gdzie buduje się zespół bloków mieszkań półtoraizbowych o komornem nieprzekraczającem 20 zł. miesięcznie.
Wielka szkoda, że w Dziale Instytucji, w którym prawidłowo i czytelnie rozmieszczono różne wymienione wyżej stoiska, w dobrze oświetlonym, celowo na wystawę pomyślanym pawilonie, nie umieszczono eksponatów instytucji najintensywniej budującej w Polsce: Funduszu Kwaterunku Wojskowego, lecz, że ukryto je w oddzielnych domkach.
Po zwiedzeniu wystawy ogólnej wracamy jeszcze raz do właściwego ośrodka, o którego wartościach organizacyjnych już była mowa na początku. Składa się on z domów wolnostojących, bliźniaczych i szeregowych. W pierwszym wypadku cały mocny wyraz plastyczny polega na powtórzeniu tego samego skromnego „banalnego" przykładu w długim monotonnym szeregu. Mimowoli sięgamy pamięcią do dawnych założeń francuskich (np. place des Vosges w Paryżu) i cieszymy się, że rodzimym pseudoindywidualistycznym wybrykom dano lekcję architektury. Domy bliźniacze i szeregowe, plastycznie mniej w zespole wyraźne od wolnostojących są również bardzo kulturalnie ujednostajnione, a zato wybitnie lepsze w planie, bez porównania poprawniej oświetlone, prawie komfortowe.
Wnętrza urządzone przez różne firmy i różnych autorów dalekie są od jednolitości wyrazu i poziomu. Najbardziej mieszkalne, pogodne i subtelne w użyciu materjałów projektu arch. Brukalskiej, gdzie ryzykowna próba urozmaiconego traktowania ścian dała z pięknym wyposażeniem pokoju ogólnego bardzo dobry wyraz. Dalej zatrzymuje uwagę zgrabne wnętrze arch. Jankowskiej. Znakomicie technicznie wykonane sprzęty „Ładu" wyskakują zupełnie ze skali małego mieszkania. Firma Thonet nie pokazała swoich dobrych seryjnych giętych mebli, a metalowych dobrych mebli wogóle na wystawie nie było. Strona techniczno-budowlana wykończenia wnętrz tynki, stolarszczyzna, malowanie, wyposażenie kuchen i łazienek ujednostajnione i w swej skromnej skali bardzo dobre.
Dużo uwagi poświęcono otoczeniu domów. Urządzono — ogródki, założono skrzynki z kwiatami. Im mniej detalizowania (w rodzaju komponowanych wzgórków z kamienia), tem lepiej. Zielony, świeży, równy trawnik przecięty skręconą swobodnie ścieżką z luźnych betonowych płyt to w braku dużego drzewa najlepsze tło dla małego domu.
Jednocześnie zwracają uwagę urokiem formy i kolorytu dobrze uporządkowane ogródki warzywne, nie mówiąc o ich praktycznej stronie, a wyłączona z obrębu wystawy grupa domków jednolicie utopionych w bujnym łubinie jeszcze raz przypomina, że im mniej „pieścić" ogródek, im mniej uliczek, geometrji, deseniów — tem piękniej i właśnie poetyczniej dookoła domu.
W całości wyrazu Wystawy na Kole poza wszystkiemi tu omówlonemi i nieomówionemi zaletami programu, organizacji i wykonania jest jeszcze nastrój specjalny, pełny właśnie tej dobrze zrozumiałej poezji, który między innemi wyróżnia ją od innych podobnych imprez. Poważne zagadnienie podano w miłej lekkiej formie.
Jest w tem swoboda wyrażania się, w której jednocześnie niema nic zbędnego, jest coś z tego, co Le Corbusier nazywa „chôse gratuite", co obok uporządkowania wszystkich zagadnień rzeczowych dodaje się „za darmo a co wolno tylko bardzo nielicznym wybranym.
Prostota otwartej konstrukcji drewnianych wiat pawilonów, proporcje lekkich masztów i portyku wejściowego, dobór kolorów i materjałów, sytuacyjna planowość, a wszystko w dyscyplinie umiaru składają się
na całość wyrazu pełna łacińskiej jasności myślenia.
W rozumnej organizacji Wystawy nie zapomniano powierzyć losów opracowania architektonicznego w najbardziej powołane ręce.
Niewątpliwie i to w dużej mierze przyczynia się do entuzjazmu, który powstaje niezawodnie po obejrzeniu wystawy B. G. K, na Kole. Wychodzimy nastrojeni optymistycznie, pełni dobrej myśli o przyszłych pokrewnych imprezach. Może zrobią one jeszcze krok dalej i okażą więcej zainteresowania nowym możliwościom techniki. (Na obecnej wystawie zrobiono tylko jeden wysiłek w tym kierunku, demonstrując system szkieletowej konstrukcji żelaznej i „ściany funkcjonalnej" w stoisku hut żelaznych).
Udoskonalać, wykonywać bez zarzutu dawnemi metodami w nowych ramach organizacji, — cele osiągnięte obecnie. Jednocześnie jednak ciągle szukać i nadążać w budownictwie za cudownym rozwojem techniki, a dać przez to zupełną swobodę formie może stanie się kiedyś myślą twórczą w ewolucji polskich wystaw budowlanych.
Piękna wystawa na Kole, jak każde rozumne wydarzenie daje duży materjał dyskusyjny. Czy typ drobno-budowlany, typ małego domu wybrano słusznie? Czy stwarzanie warunków, sprzyjających drobnokamienicznictwu (domy na Kole mają w przeważnej części mieszkanie do odnajęcia), unieruchomiającego obywatela-ciułacza przez poczucie posiadania „immeuble", jest ideowo ciekawe? Czy wreszcie rozwój miejskich i podmiejskich środków komunikacji nadąży za rozbudowującemi się nizko i szeroko osiedlami? Kilka z wielu pytań przychodzących na myśl wśród refleksji na temat Wystawy-Osiedle na Kole nasuwa pewne skrupuły w ramach przyszłości polityki budowlano mieszkaniowej. Nie może to jednak popsuć silnego wrażenia ładu, organizacji, współdziałania czynników projektu i wykonania, nie zepchnie z pierwszego miejsca wniosków, że stało się u nas na pewnym odcinku zadość oddawna niezaspokojonej potrzebie budowania w dobrym sensie architektonicznym, w sensie pracy architekta - reżysera.
Architektura i Budownictwo, nr 3-4, 1935, str. 145-151
26 maja 2015
Rzeź Woli - inwentaryzacja
W niedzielę (24 maja) w Muzeum Woli skończyła się wystawa "Reinefarth w Warszawie. Dowody zbrodni". Na jeszcze aktywnym opisie czytamy:
Tymczasem Marek Strok i Agnieszka Pawelec pracują nad odtworzeniem historii Rzezi Woli. Kamienica po kamienicy, analizują dokumenty i zbierają relacje, żeby przywrócić pamięć i ustalić kto zaginął, a kto przetrwał. Do tej pory mieli kilka spotkań z mieszkańcami w Muzeum Woli, a teraz przenoszą się do Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie dyżurować będą w Pokoju Kombatanta. Jeśli ktoś ma informacje, zdjęcia, pamiątki - warto im pomóc.
Upamiętnienia Rzezi Woli chcieliby też mieszkańcy ul. Wolskiej. O ich inicjatywie - stworzeniu Skweru Sierpnia 1944, można przeczytać tu, czyli na stronie fejsbukowej. Projekt prezentowany był też na konkursie Warszawskie Centra Lokalne, gdzie część publiki nie mogła przeboleć, że "ciągle ta martyrologia".
Zdjęcie: film WFDiF - wywiad z Wandą Lurie, jeden z elementów z wystawy.
"Przypadająca w 2014 roku siedemdziesiąta rocznica powstania warszawskiego była okazją do historycznej refleksji nad rzezią Woli, która nie doczekała się wcześniej szerokiego omówienia i interpretacji; nie istnieje także wystarczająco w świadomości samych warszawiaków. Istotą wystawy Reinefarth w Warszawie. Dowody zbrodni jest spojrzenie na to wydarzenie jako na zbrodnię, za którą nikt nie został skazany. Autorzy wystawy, przedstawiając prawne aspekty tragicznych wydarzeń, stawiają tezę o możliwości zakwalifikowania rzezi Woli jako zbrodni przeciwko ludzkości".Jest szansa, że praca kuratorek nie przepadnie i doczekamy się rozbudowanej wersji online.
Tymczasem Marek Strok i Agnieszka Pawelec pracują nad odtworzeniem historii Rzezi Woli. Kamienica po kamienicy, analizują dokumenty i zbierają relacje, żeby przywrócić pamięć i ustalić kto zaginął, a kto przetrwał. Do tej pory mieli kilka spotkań z mieszkańcami w Muzeum Woli, a teraz przenoszą się do Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie dyżurować będą w Pokoju Kombatanta. Jeśli ktoś ma informacje, zdjęcia, pamiątki - warto im pomóc.
Upamiętnienia Rzezi Woli chcieliby też mieszkańcy ul. Wolskiej. O ich inicjatywie - stworzeniu Skweru Sierpnia 1944, można przeczytać tu, czyli na stronie fejsbukowej. Projekt prezentowany był też na konkursie Warszawskie Centra Lokalne, gdzie część publiki nie mogła przeboleć, że "ciągle ta martyrologia".
Zdjęcie: film WFDiF - wywiad z Wandą Lurie, jeden z elementów z wystawy.
23 maja 2015
Nieszczęsne Koło
Półkolonia letnia na Kole miała być
urządzona w pasie niezadrzewionym, tuż obok lasku, z tym, że
dzieci miały korzystać z cienia. Tymczasem budowle gospodarskie
półkolonii wzniesiono po środku lasku, niszcząc około pół
hektara starego zadrzewienia. Pozostałe po wycięciu drzewa i krzewy
rozbierane są przez okoliczną ludność, która zachęcona
przykładem „z góry" intensywnie dewastuje las.
Warszawski Dziennik Narodowy, Nr 198 B, czwartek, 21 lipca 1938 r.
Zdjęcie: Dzieci z osiedla TOR na Kole, 1935
Odbudowa Osiedla na Kole - artykuł Haliny Pągowskiej
Styczeń 1945 r. Do ruin Warszawy
ściągają wynędzniali, głodni ludzie. Koło nie wygląda lepiej
od innych dzielnic. Woń spalenizny, pustka czarnych jam okiennych,
stosy gruzu na chodnikach, pełno nawozu na parterach, aż do
parapetów okiennych – oto obraz osiedla T.O.R.
4 Luty 1945 r. – pada hasło:
„Odbudujemy nasze Koło, sami dla siebie”. Zbiera się grupa
ludzi, spod ziemi wyciągnięto siekiery, ktoś przyniósł gwoździ,
szczątki dachów służą za stemple. Ratujemy, co się jeszcze da
uratować – stemplujemy zagrożone ściany, wiszące kominy. Blok
11 jest najwięcej zagrożony, trzeba prawie siłą usuwać ludzi. Po
usunięciu, szczęśliwie bez wypadku, wali się ściana i 3 stropy.
W bloku 12 zamieszkują ludzie – dach spalony. Blok 13 jest
spalony, tylko dach wisi w powietrzu, więc trzeba go przenieść na
12, niech się ludziom nie leje się na głowy. Ochotnicy się
znajdują, zaczynamy rozbierać dach na 13 bloku.
Tymczasem w Warszawie jest już Zarząd
Miejski. Zgłaszam się do ob. inż. R. Piotrowski: „trzeba ratować
bloki T.O.R.”. Dostaję ustne polecenie rozpoczęcia roboty.
Jednocześnie Osiedle przejmuje W.S.M.
– zgłaszam się do Zarządu, otrzymuję pierwsze pieniądze i
przydział do już powstałego obwodu S.P.B. Od tej chwili W.S.M.
Finansuje odbudowę i prowadzi administrację. Stoimy już na mocnych
nogach.
Teraz budując jako grupa SPB. Koło
będące Osiedlem W.S.M. Odbudowujemy wszystko nie tylko sami dla
siebie, ale dla rozwiązania sprawy uspołecznienia gospodarki
mieszkaniowej dla klasy pracującej.
Od utworzonego w tym czasie przy ul.
Chocimskiej B.O.S-u, otrzymuję oficjalne zlecenie i pierwsze 1/2
miliona na rozpoczęcie robót. Już nie potrzeba ochotników, już
płacimy za pracę.
Przed nami ogromne zadanie, najszybciej
umożliwić zamieszkanie Osiedla, gdyż ludzi napływa coraz więcej.
Magazynujemy ocalałe okna i drzwi robimy całe wyprawy i odbieramy
rozkradzione z okolicznych domów. Rozdajemy je powracającym na
Osiedle, staramy się każdemu dać choć jedno okno i drzwi
wejściowe do mieszkania. Jednocześnie, systematycznie blok po bloku
stemplujemy, podmurowujemy, rozbieramy zagrożone miejsca. Po paru
miesiącach już jestem pewna, że nic się więcej nie zawali, że
bezpieczeństwo ogólne jest zapewnione.
Praca jest ciężka, trzeba borykać
się z trudnościami: brak materiałów, transportu nie ma, o murarzy
trudno. Ale budujemy sami dla siebie, więc wszystko musi się
znaleźć. Ściągamy co się da z miasta, skupujemy, zwozimy z
prowincji. Kierowca naszego samochodu ciężarowego, ob. Aleksander
Kopka, jest nieoceniony. Konwojent, ob. Jan Brzozowski robi cuda. O
każdym brakującym materiale wiedzą wszyscy pracownicy, wszyscy
starają się i wszyscy szukają. Rada Zakładowa, z przewodniczącym
ob. A. Daszkiewiczem stoi na wysokości zadania, jest pomocą,
oparciem i prawą ręką kierownictwa. Członkowie świecą
przykładem. Pracujemy wszyscy, nie licząc godzin, często do
zupełnego zmroku. Zorganizowano już kuchnię, kupiono dwa duże
kotły, wydajemy gorące zupy. Ludzie są tak słabi, wydajność
jest tak niska.
Kierownictwo pracuje z zaparciem się
siebie w warunkach, o których nie śniłoby się przed wojną
nikomu. Nie ma podłóg – tylko beton, dach położony jako ostatni
– podczas deszczu potoki wody zalewają biuro, brak stołów,
krzeseł, maszyn, brak materiałów piśmiennych i innych zmusza, do
przynoszenia wszystkiego z domu.
Ale ciągle pamiętamy, że musimy
oddać jak najszybciej do zamieszkania: 311 mieszkań zupełnie
spalonych i zburzonych, drugie 300 – półspalonych oraz
wyremontować 350 mniej uszkodzonych.
Na blokach zrobiło się rojno. Nie
możemy nadążyć z drobnymi remontami. Masa zgłoszeń. A na nowe
mieszkania ludzie czekają. Do remontów odkomenderowano więc małą
grupę, reszta pracuje przy odbudowie nowych mieszkań. Ludzi do
pracy jest dosyć – tylko ciągle brak materiałów, najgorzej z
drzewem. Mamy bale z rozebranych bunkrów. Kupujemy piłę traczkę i
do jesieni są wszystkie dachy wykonane i pokryte. Ten pierwszy etap
przebrnęliśmy zwycięsko. Gdyby kto zapytał, skąd wzięto
materiał na 3000 m2 dachów, nikt nie umiałby na to odpowiedzieć.
Trudności z otrzymaniem drzewa
zmuszają nas do szukania możliwości sprowadzenia, stolarki.
Postanawiamy wykonać wszystko na miejscu. Parę maszyn kupiono,
kilka składamy z części i w prowizorycznej szopie rusza stolarnia
mechaniczna, a potem za nią ślusarnia. Stolarka dla 500 mieszkań
zastała wykonana na miejscu; jest to w pierwszym rzędzie zasługa
majstra Zygmunta Kalinowskiego.
Obsługujemy nawet całą dzielnicę,
wszystkie instytucje zwracają się do nas o pomoc. Zespół nasz się
powiększa, wykonujemy szereg robót w okolicy, zabezpieczamy
rozpoczętą budowę kościoła i remontujemy szkołę powszechną,
która jest organicznie związana z naszym Osiedlem.
Na wiosnę 1946 r. Osiedle ponosi nowe
straty huragan zrywa dach na 20 bloku, niszczy tremple, kominy, zrywa
pokrycie papowe na innym bloku. Szkody wynoszą około 2 milionów.
Natychmiast przystępujemy do wykonania nowego i w kilka tygodni dach
jest postawiony.
Osiedle powoli zmienia wygląd. Wznoszą
się mury 13. Nikną rusztowania po skończonych elewacjach na 11,
12, 14, 15, 16, 17, 8, 7. Oddajemy blok po bloku, mieszkania się
zapełniają. Dziedzińce zostają oczyszczone z gruzów i śmieci, W
12 i 13 do końca mieszczą się magazyny i warsztaty, które
przenosimy do prowizorycznych szop na polu, pod laskiem. Wykończa
się pralnię i łazienki w I serii, centralne ogrzewanie w 20 bloku.
Majster ślusarski i hydrauliczny, ob. Franciszek Golba, ze starych
pieców i armatur robi nowe. Drenujemy jeszcze blok 1, najniżej
położony, w którym piwnice zalewa woda. Prace przy odbudowie
bloków dobiegają końca.
Odbudowa Osiedla im. St. Żeromskiego
była szkołą, szkołą pracy społecznej, szkołą twardą i
trudną. Wielu towarzyszy zdało egzamin świetnie, część nie
wytrzymała naszego tempa i odpadła. Na ich miejsce znaleźli się
inni i oto stoi teraz przed nami Osiedle w promieniach zimowego
słońca. Jest ono dowodem, że twórcza wola ludzka jest silniejsza,
niż złe moce i kataklizmy, silniejsza – niż wola niszczycielska
barbarzyńców z za Odry.
Halina Pągowska, Budujemy sami, budujemy dla siebie
26 września 2014
Wiersz lokatora
We wspominanym już na blogu Życiu Osiedli Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej znaleźć można rzeczy różne, często z Kołem powiązane. Czasami jednak znajdzie się coś ekstra, co łączy przeszłość z przyszłością. Np taka zupełnie niewinna przypadkowa zbieżność nazwisk...
Tuż przed zgonem, w głowie czując zamęt,
a na czole siódmy pot śmiertelny,
drżącą ręką piszę ten testament
lokator,
członek spółdzielni
a na czole siódmy pot śmiertelny,
drżącą ręką piszę ten testament
lokator,
członek spółdzielni
Cieszcie się, cieszcie się wy bez sumienia,
że mnie wreszcie cholera bierze.
Konam długo, w ciężkich cierpieniach
na kość marznąc
przy kaloryferze.
że mnie wreszcie cholera bierze.
Konam długo, w ciężkich cierpieniach
na kość marznąc
przy kaloryferze.
[...]
Zapisuję tedy Dąbrowskiemu
kaloryfer, lodowaty wiecznie,
wraz ze strzałką magicznego systemu,
skąd woda cieknie.
kaloryfer, lodowaty wiecznie,
wraz ze strzałką magicznego systemu,
skąd woda cieknie.
[...]
Olszewskiemu tedy za mieszkanie,
gdzie lodownia i pluskwi welodrom -
zapisuję własną ręką szczodrą
ciężkie skonanie.
gdzie lodownia i pluskwi welodrom -
zapisuję własną ręką szczodrą
ciężkie skonanie.
Subskrybuj:
Posty (Atom)





