Strony

26 maja 2015

Rzeź Woli - inwentaryzacja

W niedzielę (24 maja) w Muzeum Woli skończyła się wystawa "Reinefarth w Warszawie. Dowody zbrodni". Na jeszcze aktywnym opisie czytamy:
"Przypadająca w 2014 roku siedemdziesiąta rocznica powstania warszawskiego była okazją do historycznej refleksji nad rzezią Woli, która nie doczekała się wcześniej szerokiego omówienia i interpretacji; nie istnieje także wystarczająco w świadomości samych warszawiaków. Istotą wystawy Reinefarth w Warszawie. Dowody zbrodni jest spojrzenie na to wydarzenie jako na zbrodnię, za którą nikt nie został skazany. Autorzy wystawy, przedstawiając prawne aspekty tragicznych wydarzeń, stawiają tezę o możliwości zakwalifikowania rzezi Woli jako zbrodni przeciwko ludzkości".
Jest szansa, że praca kuratorek nie przepadnie i doczekamy się rozbudowanej wersji online.

Tymczasem Marek Strok i Agnieszka Pawelec pracują nad odtworzeniem historii Rzezi Woli. Kamienica po kamienicy, analizują dokumenty i zbierają relacje, żeby przywrócić pamięć i ustalić kto zaginął, a kto przetrwał. Do tej pory mieli kilka spotkań z mieszkańcami w Muzeum Woli, a teraz przenoszą się do Muzeum Powstania Warszawskiego, gdzie dyżurować będą w Pokoju Kombatanta. Jeśli ktoś ma informacje, zdjęcia, pamiątki - warto im pomóc.

Upamiętnienia Rzezi Woli chcieliby też mieszkańcy ul. Wolskiej. O ich inicjatywie - stworzeniu Skweru Sierpnia 1944, można przeczytać tu, czyli na stronie fejsbukowej. Projekt prezentowany był też na konkursie Warszawskie Centra Lokalne, gdzie część publiki nie mogła przeboleć, że "ciągle ta martyrologia".

Zdjęcie: film WFDiF - wywiad z Wandą Lurie, jeden z elementów z wystawy.

23 maja 2015

Nieszczęsne Koło


Półkolonia letnia na Kole miała być urządzona w pasie niezadrzewionym, tuż obok lasku, z tym, że dzieci miały korzystać z cienia. Tymczasem budowle gospodarskie półkolonii wzniesiono po środku lasku, niszcząc około pół hektara starego zadrzewienia. Pozostałe po wycięciu drzewa i krzewy rozbierane są przez okoliczną ludność, która zachęcona przykładem „z góry" intensywnie dewastuje las.

Warszawski Dziennik Narodowy, Nr 198 B, czwartek, 21 lipca 1938 r.

Zdjęcie: Dzieci z osiedla TOR na Kole, 1935 

Odbudowa Osiedla na Kole - artykuł Haliny Pągowskiej

Styczeń 1945 r. Do ruin Warszawy ściągają wynędzniali, głodni ludzie. Koło nie wygląda lepiej od innych dzielnic. Woń spalenizny, pustka czarnych jam okiennych, stosy gruzu na chodnikach, pełno nawozu na parterach, aż do parapetów okiennych – oto obraz osiedla T.O.R.

4 Luty 1945 r. – pada hasło: „Odbudujemy nasze Koło, sami dla siebie”. Zbiera się grupa ludzi, spod ziemi wyciągnięto siekiery, ktoś przyniósł gwoździ, szczątki dachów służą za stemple. Ratujemy, co się jeszcze da uratować – stemplujemy zagrożone ściany, wiszące kominy. Blok 11 jest najwięcej zagrożony, trzeba prawie siłą usuwać ludzi. Po usunięciu, szczęśliwie bez wypadku, wali się ściana i 3 stropy. W bloku 12 zamieszkują ludzie – dach spalony. Blok 13 jest spalony, tylko dach wisi w powietrzu, więc trzeba go przenieść na 12, niech się ludziom nie leje się na głowy. Ochotnicy się znajdują, zaczynamy rozbierać dach na 13 bloku.

Tymczasem w Warszawie jest już Zarząd Miejski. Zgłaszam się do ob. inż. R. Piotrowski: „trzeba ratować bloki T.O.R.”. Dostaję ustne polecenie rozpoczęcia roboty.

Jednocześnie Osiedle przejmuje W.S.M. – zgłaszam się do Zarządu, otrzymuję pierwsze pieniądze i przydział do już powstałego obwodu S.P.B. Od tej chwili W.S.M. Finansuje odbudowę i prowadzi administrację. Stoimy już na mocnych nogach.

Teraz budując jako grupa SPB. Koło będące Osiedlem W.S.M. Odbudowujemy wszystko nie tylko sami dla siebie, ale dla rozwiązania sprawy uspołecznienia gospodarki mieszkaniowej dla klasy pracującej.

Od utworzonego w tym czasie przy ul. Chocimskiej B.O.S-u, otrzymuję oficjalne zlecenie i pierwsze 1/2 miliona na rozpoczęcie robót. Już nie potrzeba ochotników, już płacimy za pracę.

Przed nami ogromne zadanie, najszybciej umożliwić zamieszkanie Osiedla, gdyż ludzi napływa coraz więcej. Magazynujemy ocalałe okna i drzwi robimy całe wyprawy i odbieramy rozkradzione z okolicznych domów. Rozdajemy je powracającym na Osiedle, staramy się każdemu dać choć jedno okno i drzwi wejściowe do mieszkania. Jednocześnie, systematycznie blok po bloku stemplujemy, podmurowujemy, rozbieramy zagrożone miejsca. Po paru miesiącach już jestem pewna, że nic się więcej nie zawali, że bezpieczeństwo ogólne jest zapewnione.

Praca jest ciężka, trzeba borykać się z trudnościami: brak materiałów, transportu nie ma, o murarzy trudno. Ale budujemy sami dla siebie, więc wszystko musi się znaleźć. Ściągamy co się da z miasta, skupujemy, zwozimy z prowincji. Kierowca naszego samochodu ciężarowego, ob. Aleksander Kopka, jest nieoceniony. Konwojent, ob. Jan Brzozowski robi cuda. O każdym brakującym materiale wiedzą wszyscy pracownicy, wszyscy starają się i wszyscy szukają. Rada Zakładowa, z przewodniczącym ob. A. Daszkiewiczem stoi na wysokości zadania, jest pomocą, oparciem i prawą ręką kierownictwa. Członkowie świecą przykładem. Pracujemy wszyscy, nie licząc godzin, często do zupełnego zmroku. Zorganizowano już kuchnię, kupiono dwa duże kotły, wydajemy gorące zupy. Ludzie są tak słabi, wydajność jest tak niska.

Kierownictwo pracuje z zaparciem się siebie w warunkach, o których nie śniłoby się przed wojną nikomu. Nie ma podłóg – tylko beton, dach położony jako ostatni – podczas deszczu potoki wody zalewają biuro, brak stołów, krzeseł, maszyn, brak materiałów piśmiennych i innych zmusza, do przynoszenia wszystkiego z domu.

Ale ciągle pamiętamy, że musimy oddać jak najszybciej do zamieszkania: 311 mieszkań zupełnie spalonych i zburzonych, drugie 300 – półspalonych oraz wyremontować 350 mniej uszkodzonych.

Na blokach zrobiło się rojno. Nie możemy nadążyć z drobnymi remontami. Masa zgłoszeń. A na nowe mieszkania ludzie czekają. Do remontów odkomenderowano więc małą grupę, reszta pracuje przy odbudowie nowych mieszkań. Ludzi do pracy jest dosyć – tylko ciągle brak materiałów, najgorzej z drzewem. Mamy bale z rozebranych bunkrów. Kupujemy piłę traczkę i do jesieni są wszystkie dachy wykonane i pokryte. Ten pierwszy etap przebrnęliśmy zwycięsko. Gdyby kto zapytał, skąd wzięto materiał na 3000 m2 dachów, nikt nie umiałby na to odpowiedzieć.

Trudności z otrzymaniem drzewa zmuszają nas do szukania możliwości sprowadzenia, stolarki. Postanawiamy wykonać wszystko na miejscu. Parę maszyn kupiono, kilka składamy z części i w prowizorycznej szopie rusza stolarnia mechaniczna, a potem za nią ślusarnia. Stolarka dla 500 mieszkań zastała wykonana na miejscu; jest to w pierwszym rzędzie zasługa majstra Zygmunta Kalinowskiego.

Obsługujemy nawet całą dzielnicę, wszystkie instytucje zwracają się do nas o pomoc. Zespół nasz się powiększa, wykonujemy szereg robót w okolicy, zabezpieczamy rozpoczętą budowę kościoła i remontujemy szkołę powszechną, która jest organicznie związana z naszym Osiedlem.

Na wiosnę 1946 r. Osiedle ponosi nowe straty huragan zrywa dach na 20 bloku, niszczy tremple, kominy, zrywa pokrycie papowe na innym bloku. Szkody wynoszą około 2 milionów. Natychmiast przystępujemy do wykonania nowego i w kilka tygodni dach jest postawiony.

Osiedle powoli zmienia wygląd. Wznoszą się mury 13. Nikną rusztowania po skończonych elewacjach na 11, 12, 14, 15, 16, 17, 8, 7. Oddajemy blok po bloku, mieszkania się zapełniają. Dziedzińce zostają oczyszczone z gruzów i śmieci, W 12 i 13 do końca mieszczą się magazyny i warsztaty, które przenosimy do prowizorycznych szop na polu, pod laskiem. Wykończa się pralnię i łazienki w I serii, centralne ogrzewanie w 20 bloku. Majster ślusarski i hydrauliczny, ob. Franciszek Golba, ze starych pieców i armatur robi nowe. Drenujemy jeszcze blok 1, najniżej położony, w którym piwnice zalewa woda. Prace przy odbudowie bloków dobiegają końca.

Odbudowa Osiedla im. St. Żeromskiego była szkołą, szkołą pracy społecznej, szkołą twardą i trudną. Wielu towarzyszy zdało egzamin świetnie, część nie wytrzymała naszego tempa i odpadła. Na ich miejsce znaleźli się inni i oto stoi teraz przed nami Osiedle w promieniach zimowego słońca. Jest ono dowodem, że twórcza wola ludzka jest silniejsza, niż złe moce i kataklizmy, silniejsza – niż wola niszczycielska barbarzyńców z za Odry.

Halina Pągowska, Budujemy sami, budujemy dla siebie

26 września 2014

Wiersz lokatora

We wspominanym już na blogu Życiu Osiedli Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej znaleźć można rzeczy różne, często z Kołem powiązane. Czasami jednak znajdzie się coś ekstra, co łączy przeszłość z przyszłością. Np taka zupełnie niewinna przypadkowa zbieżność nazwisk...
 
 
Tuż przed zgonem, w głowie czując zamęt,
a na czole siódmy pot śmiertelny,
drżącą ręką piszę ten testament
lokator,
członek spółdzielni
 
Cieszcie się, cieszcie się wy bez sumienia,
że mnie wreszcie cholera bierze.
Konam długo, w ciężkich cierpieniach
na kość marznąc
przy kaloryferze.
[...]
Zapisuję tedy Dąbrowskiemu
kaloryfer, lodowaty wiecznie,
wraz ze strzałką magicznego systemu,
skąd woda cieknie.
[...]
Olszewskiemu tedy za mieszkanie,
gdzie lodownia i pluskwi welodrom -
zapisuję własną ręką szczodrą
ciężkie skonanie.

6 czerwca 2012

Życie Osiedli WSM (falstart)

Już niedługo, już wkrótce, w Mazowieckiej Bibliotece Cyfrowej ukaże się ekscytujące "Życie Osiedli Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej". Każdy numer zawiera ciekawe artykuły (pisane m.in. przez Stanisława Żemisa), prezentuje relacje z budowy warszawskich osiedli, a także przynosi fascynujące informacje o obyczajach i blokowej codzienności.
Kto dostał 3 punkty karne za niezgodne współżycie sąsiedzkie, a kto jedynie napomnienie za nietaktowne zachowanie wobec mieszkańców? Jaka była miesięczna frekwencja w ciągu miesięcy letnich w wypożyczalni na Kole? O co pytała sąsiadów mieszkanka IX kolonii?
Odpowiedź na powyższe pytania znajdziecie w "Życiu Osiedli WSM". Niecierpliwym polecamy wizytę w bielańskich bibliotekach.

5 czerwca 2012

Wolskie Regionalia

Fot. Rowerzyści w lasku na Kole  (lata 40.), wł. Agnieszka Proszowska

Wolskie Regionalia niepostrzeżenie otrzymały nową szatę graficzną i prezentują się teraz ładnie choć skromnie. Serdecznie zachęcamy do poddania się szałowi digitalizacji i ujawniania szerszej publiczności fotografii rodzinnych poprzez Wolską Bibliotekę Publiczną. Jak słusznie zauważają twórcy projektu:
"Aby (...) strona żyła, rozwijała się i stanowiła atrakcyjne źródło informacji o Woli, muszą odwiedzać ją i współtworzyć wszyscy Wolą zainteresowani".
A więc ożywiajmy, rozwijajmy, rozwijajmy, itd.

10 stycznia 2012

O rzeźniach miejskich


Dzisiaj definitywny koniec noworocznego rozrzewnienia. Poniżej fragmenty artykułu inżyniera Dubeltowicza, w którym autor opisuje stan faktyczny rzeźni warszawskich na rok 1911 oraz ujawnia kulisy powstania (a właściwie niepowstania) rzeźni miejskiej na Kole.

[…]
Ktokolwiek bądź słyszał w najfantastyczniejszych opowieściach o istnieniu jakichś tawern ciemnych i nor tajemniczych, do których światło dzienne przedostać się nie może, a oświetlenie na tyle jest przyciemnione wyziewami i parami, że niedozwala odróżnić przedmiotów, najbliżej położonych, to obraz taki jeszcze będzie wesołym w porównaniu z widokiem, jaki przedstawiają rzeźnie warszawskie. Dodawszy do tego brud, błoto, przeciągi i brak światła, otrzymamy dopiero słabe pojęcie o prawdziwym obrazie tej nędzy i rozpaczy. Czy w takich warunkach może być mowa o zastosowaniu najelementarniejszych przepisów hygieny, czy służba lekarska przy nędznej świeczce lub lampce rzeczywiście może dojrzeć cośkolwiek w oglądanych sztukach? Oględziny w takich warunkach są czczą formą zadośćuczynienia obowiązującym przepisom – tak chce mieć forma, bo jeże1i jest służba weterynaryjna i hygieniści, to wszystko jest w porządku: mieszkańcy mogą być spokojni, że z tej strony nic im nie grozi. Trudna jest doprawdy pozycya panów weterynarzy, stojących na czele oddziałów rzeźni: jako ludzie wykształceni, wiedzą dobrze, co jest możliwe, a co nie, i tu znajdują się w warunkach absolutnej niemocy do przeprowadzenia choćby najskromniejszych wymagań porządku i czystości. Czy utyskiwania na niedostateczną służbę weterynaryjną są uzasadnione, co pomoże powiększenie personelu, jeśli ten personel nie jest w stanie absolutnie nic pomódz w zmniejszeniu nieporządków? Szkoda pieniędzy na najmniejsze poprawki w tym względzie, bo do niczego absolutnie nie doprowadzą.

Wyobraźmy sobie w tych ciemnościach szereg zabitych zwierząt, leżących ściśle przy sobie, a nad niektóremi z nich rzeźnika, również brudnego, jak całe otoczenie, ze świeczką na patyku w zębach, operującego zwierzę, a będziemy mieli obraz do podziwiania. Świnie, przeznaczone do zabicia, rozbiegają się po wszystkich kątach i tam, gdzie je dosięgnie pałka, padają, czy to między gromadę ludzi, czy zabitych zwierząt, a przywleczone po gnoju i brudach podłogi, wrzucane są do kotła, gdzie setki ich poprzedniczek używało kąpieli w tej samej wodzie. Jamy nawozowe mają w niektórych rzeźniach jedyne w swym rodzaju urządzenia, bo przez otwór, znajdujący się w ścianie, wyrzucany jest gnój na zewnątrz, ale ścieki z jamy wracają z powrotem do rzeźni, aby przepływać przez rynsztok w środku rzeźni. Stół, przeznaczony do sekcyi zwierząt podejrzanych, stoi na dworze, zapewne dla światła: jakież to sekcye delikatne mogą się wykonywać na kilkostopniowym mrozie, lub w czasie zawiei i wogóle niepogody? Na to wszystko trzeba patrzeć obojętnie i wmawiać w siebie, że tak jest od niepamiętnych czasów i było dobrze, zatem i nadal będzie takoż, bo są specyaliści, którzy mają nadzór nad zachowaniem przepisów hygieny.

W takim stanie rzeczy. czy mamy zastanawiać się nad koniecznością budowy rzeźni, któraby odpowiadała wszelkim wymaganiom czystości i hygieny?- sądzę, że to jest zbytecznem, mamy bowiem wszyscy wyrobioną pod tym względem opinią.

Dlaczegóż więc rzeźnia nie buduje się?

Pieniądze są, plany, jakkolwiek przygotowane przed blisko 20 laty, są także, a chociaż przerobienie takowych będzie niezbędnem, to jednak okoliczność ta nie mogłaby być przecie powodem do wstrzymania roboty? Plac jest, t. j. najważniejszy punkt, który był przedmiotem bardzo ciekawych polemik przed 4-a laty, a i bardzo pouczający, bo dowiedzieliśmy się, że każdy z placów będący przedmiotem obrad i dyskusyi, jest jedynym i jakby wskazanym do budowy rzeźni, odpowiadając wszelkim warunkom sanitarnym, położenia względem miasta, najtańszy i najdogodniejszy.

Dziś jest więc plac w miejscowości Koło, t. j. ten sam, który od początku projektu budowy rzeźni był na widoku, i o kupno którego magistrat najwcześniej zaczął się starać. Historya tego placu jest taka: Gdy w swoim czasie kwestya rzeźni została w zasadzie zdecydowaną, ś. p. mecenas Wrotnowski podał propozycyą magistratowi podjęcia się kupna placu w Kole, w rozmiarze, jaki będzie potrzebnym, po 30 kop. za łokieć kwadratowy. Magistrat zgodził się na tę propozycyą i wydał upoważnienie Wrotnowskiemu do skupowania częściowych działek na rachunek magistratu. Wrotnowski zajął się tem kupnem i już nabył przeszło połowę placu do chwili, kiedy z Petersburga przyszła urzędowa wiadomość, że zarząd wojskowy nie pozwoli na budowę rzeźni w tem miejscu. Ponieważ właściciele zaczęli się drożyć, Wrotnowski nie mógł po umówionej cenie kupować więcej placów, a z nadejściem wiadomości z Petersburga nieprzychylnych, magistrat polecił wstrzymać kupno placów, poczyniwszy jednocześnie starania o wyjednanie Najwyższego Ukazu o wywłaszczenie gruntów. Ukaz został wyjednanym, a wtedy magistrat, chcąc się zabezpieczyć, wniósł ostrzeżenia hypoteczne na wszystkie place, będące na widoku, i chociaż te ostrzeżenia niedługo istniały, przysporzyły jednak magistratowi wiele kłopotów, jeszcze zresztą nieuregulowanych. Po śmierci Wrotnowskiego, kupno placów zostało prowadzone w dalszym ciągu, chociaż już nie po 30 kop., ale po różnych, znacznie wyższych cenach, tak że dziś plac jest w całości kupiony, wraz z drogą dojazdową od strony drogi Górczewskiej. Ogólny koszt tego placu wynosi blisko 900 tysięcy rubli. Magistrat robił jednocześnie starania w ministeryum spraw wewnętrznych o uchylenie zakazu ministeryum wojny, co do niezgodzenia się tego ostatniego na budowę rzeźni na Kole, i rzeczywiście starania zostały uwieńczone pożądaną odezwą ministeryum spraw wewnętrznych, które oświadcza, że, pomimo zakazu ministeryum wojny, rzeźnia na Kole może się budować i żadne przeszkody nie zachodzą.

Zdawałoby się więc, że wszystko załatwione, ale, wobec niecofnięcia przez ministeryum wojny swego veto, czy magistrat, czy też przedsiębiorca, któryby podjął się budowy rzeźni, może się odważyć na pokazanie się na placu z robotnikami? Ministeryum spraw wewnętrznych-daleko, a ministeryum wojny ma swe bagnety na miejscu!

Kwestya więc stanęła i, dopóki magistrat nie poczym nowych starań, dotąd rezultatu żadnego być nie może.

W roku zeszłym, z polecenia byłego prezydenta miasta p. Litwińskiego, miałem zaproponowane zajęcie się zebraniem wszelkich danych, mających służyć do sprawdzenia, o ile dane, służące do opracowanego projektu rzeźni, mają swe usprawiedliwienie, oraz na zasadzie tych danych do oznaczenia wielkości i ilości odpowiednich budynków i placów. Zająłem się więc tą kwestyą zasadniczą wraz z inżynierem miejskim, p. Miłkowskim, i pracowaliśmy przez miesiąc jeden. W końcu miesiąca oświadczono mi, abym zaniechał pracy, z powodu braku funduszów na ten cel.

[…]

Na zakończenie powrócę do rzeźni w Warszawie. Czy możemy mieć nadzieję, że marzenia urzeczywistnienia budowy rzeźni mają perspektywę pomyślną? Nie. Czy czekać mamy? To chyba musimy z konieczności, bo czas upływa bez naszego współdziałania, a jeżeli się zdarzy coś pomyślnego w tym przedmiocie, będzie tem przyjemniejsze, że będzie niespodzianką!

Tu muszę nadmienić, że w czasie nadejścia wiadomości nieprzychylnych dla placu na Kole, nie zważając na wydatek już poniesiony na kupno placów, a wynoszący około pół miliona rubli, magistrat wyraził chęć kupna placu na Pradze; złożone więc zostały różne oferty, i wszczęła się znana z pism polemika, która szczęściem nie doprowadziła do żadnego konkretnego rezultatu, oprócz postanowienia, zapadłego na pełnem posiedzeniu magistratu w dniu 9 stycznia 1906 r., aby rzeźnię budować na Kamionku! Jednocześnie kupno placów na Woli szło w dalszym ciągu w przekonaniu, że place, kupione na Kole, są tak świetnym interesem, że w każdej chwili, gdyby tylko magistrat chciał, może sprzedać nabyte place po potrójnej cenie! Czy ten interes rzeczywiście jest tak świetnym, mogą o tem sądzić osoby, znające położenie rzeczy na miejscu i warunki, w jakich się te place znajdują. Ponieważ te place dziś są już nabyte w komplecie pod budowę rzeźni, niech więc pozostaną na ten cel, a stanie się zadość życzeniom, wyrażonym niejednokrotnie, nawet gremialnie przez osoby już to interesowane, już mogące z tego powodu ciągnąć odpowiednie zyski. Prawie jednocześnie z postanowieniem magistratu o budowie rzeźni na Kamionku, został opracowany przez inżynieryą miejską projekt przyszłej nowej dzielnicy miasta, która ma się pobudować w bardzo krótkim czasie na terytoryum łąk Skaryszewskich, Kamionka i Saskiej Kępy, po obu stronach głównej drogi, idącej od nowego mostu do rogatki Grochowskiej. Ciekawy to jest projekt, niezawodnie unikat w swoim rodzaju i zapewne starannie przechowywany. W nowo zakładanych dzielnicach, które mają stanowić ozdobę miasta, zwykle miasto stara się o uwydatnienie tej dzielnicy czy to jakąś budową monumentalną pod postacią jakiegoś gmachu użyteczności publicznej, zresztą pomnika, lub ogrodu publicznego, a wreszcie placu, który kiedyś na ten cel może być użytym, u nas jest lepiej – jako punkt atrakcyjny dla nowej dzielnicy, mającej zasłynąć z piękności budowli, projektuje się w samym środku rzeźnię miejską.

Jakkolwiek dawno już rzeźnie przestały być temi nieczystemi zakładami, które prawo wypędziło po za granice miasta (jakkolwiek prawo to u nas nie zostało dotychczas cofnięte), to jednak, jak się zapatrywać na projekt umieszczenia rzeźni w środku nowej dzielnicy, około której mają się grupować gmachy wykwintne, a choćby nawet najskromniejsze, niech każdy wyrobi sobie zdanie.

Wobec jednak sprawy, która nie toczy się równomiernie, ale od lat 20-u wybucha od czasu do czasu, jak fajerwerk, aby olśniony na chwilę zapaść znów w mrok długotrwały, me mogę ani jednem słowem budzić nadziei urzeczywistnienia pragnień ogółu posiadania rzeźni miejskiej, któraby odpowiadała wszelkim wymaganiom sanitarnym czystości i porządku. Co dalej będzie, przewidzieć niepodobna. Poruszając więc kwestyą rzeźni, stoimy najwyraźniej przed godłem piekła Dantejskiego „Lasciate ogni speranza”.

W. Dubeltowicz, O rzeźniach miejskich. [w:] Sprawy miejskie: pamiętnik Stowarzyszenia Właścicieli Nieruchomości m. Warszawy, 1911
Fotografia: Wystawa rolnicza w Tarnowie. Świnia, 1943, NAC