Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wola. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Wola. Pokaż wszystkie posty

6 czerwca 2012

Życie Osiedli WSM (falstart)

Już niedługo, już wkrótce, w Mazowieckiej Bibliotece Cyfrowej ukaże się ekscytujące "Życie Osiedli Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej". Każdy numer zawiera ciekawe artykuły (pisane m.in. przez Stanisława Żemisa), prezentuje relacje z budowy warszawskich osiedli, a także przynosi fascynujące informacje o obyczajach i blokowej codzienności.
Kto dostał 3 punkty karne za niezgodne współżycie sąsiedzkie, a kto jedynie napomnienie za nietaktowne zachowanie wobec mieszkańców? Jaka była miesięczna frekwencja w ciągu miesięcy letnich w wypożyczalni na Kole? O co pytała sąsiadów mieszkanka IX kolonii?
Odpowiedź na powyższe pytania znajdziecie w "Życiu Osiedli WSM". Niecierpliwym polecamy wizytę w bielańskich bibliotekach.

5 czerwca 2012

Wolskie Regionalia

Fot. Rowerzyści w lasku na Kole  (lata 40.), wł. Agnieszka Proszowska

Wolskie Regionalia niepostrzeżenie otrzymały nową szatę graficzną i prezentują się teraz ładnie choć skromnie. Serdecznie zachęcamy do poddania się szałowi digitalizacji i ujawniania szerszej publiczności fotografii rodzinnych poprzez Wolską Bibliotekę Publiczną. Jak słusznie zauważają twórcy projektu:
"Aby (...) strona żyła, rozwijała się i stanowiła atrakcyjne źródło informacji o Woli, muszą odwiedzać ją i współtworzyć wszyscy Wolą zainteresowani".
A więc ożywiajmy, rozwijajmy, rozwijajmy, itd.

30 grudnia 2011

Wolska opowieść wigilijna


Na koniec roku, ku pokrzepieniu serc, prezentuję wolską opowieść wigilijną na faktach tak zwanych autentycznych opartą. Żeby i nasi włodarze, skrudże warszawskie, podobną przemianą zostali dotknięci, połówki nie pożałuję.

Działo się to w wigilię wigilii 2011 roku na serku wolskim, który zwyczajowo w tym czasie porasta gęstym lasem iglastym. W lesie, jak to w lesie – pełno drzew, a drzew pilnują strażnicy przyrody. Strzegą nie tylko drzew ale i każdej drobnej gałązki, igiełki każdej, żeby jakiś cwany warszawiak nie podniósł z ziemi, nie zabrał i nie zapachnił sobie świątecznie domu za bezdurno. Nieświadomy starszy pan długo przebiera w gałęziach, w końcu z pełnym naręczem chce się oddalić. Nagle – trach! Bum! Łapią go twarde dłonie strażnika. Co jest! Oddawaj to! To koszty są! Nie ma darmo! Przestraszony starszy pan uiszcza odpowiednią opłatę. Ale strażnik musi już interweniować w innym miejscu – facet kupuje choinkę i prosi o odcięcie dolnych gałęzi, a na te dolne gałęzie już ktoś się łasi. Więc znowu przepychanka i info krótkie, że nie ma darmo, że piła kosztuje, benzyna kosztuje i w ogóle wszystko kosztuje, a jak kto chce gałęzi, to niech przyjdzie wieczorem i posprząta, to dostanie.

Wieczorem przyszło kilku, żeby posprzątać i gałęzi dostać. Cicho było i ciemno, tylko prostokąt światła z przyczepy świadczył o obecności strażników. Po chwili objawili się między drzewami, zmęczeni, zataczali się od całodziennej pracy. Młody chłopak, najwyraźniej miejscowy, dramatycznie domagał się oddania dwóch dych, które musiał wydać na alko.
Strażnicy chwiejnie dociekali:
- A skąd ty właściwie miałeś na połówkę, jak cię na choinkę nie było stać?
- No, dwie dychy jeszcze miałem.
- A na piwo?
- Matka normalnie pracuje, dała mi.
Widząc, że szanse na odzyskanie kasy marnieją, młodzieniec użył ostatecznego argumentu:
- Nie chcecie mi oddać? To w ogóle mnie zajebcie i zakopcie w tych choinkach!
Strażnicy umilkli. Zdawało się, że poważnie rozważają propozycję, kiedy nagle ich wzrok skoncentrował się na stojących od jakiegoś czasu postaciach, które wcześniej wzięli za niesprzedane choinki.
- W czym szanownemu państwu możemy pomóc? - odezwał się pierwszy.
- My do tego sprzątania, żeby gałęzi dostać.
- Gałęzi? Kochanieńcy, ja wam drzewek dam całych, żeby wam się w nowym roku szczęściło! - zaproponował drugi.
A trzeci nazbierał całą górę najpiękniejszych gałęzi – sosnowych, świerkowych i jodłowych, zgrabnym łukiem zbliżył się do przybyłych i obdarował każdego. Ani chybi duch świąt w niego wstąpił lub też inny spiritus.

Obrazek: Mucha, nr 51, Warszawa, 7 (19) Grudnia 1884

5 marca 2011

Czwartek: tłusty, zimny, wystany


Czy publika wolska wie, gdzie są najlepsze pączki na dzielni? Sądząc z długości kolejki, która ustawiła się do Pracowni Cukierniczej w Tłusty Czwartek, publika jest dobrze poinformowana. Poziom determinacji - wysoki - od zajęcia ostatniej pozycji w wężyku do upragnionego kęsa ciepłego pączka mija około pięciu godzin.

Od Działdowskiej do rogu budynku o adresie Górczewska 17 b (z budynkiem owym włącznie) ludzie spokojnie falują, ktoś się na chwilkę oddala po bułki, ktoś inny wbija się do szmateksu na parterze. Przytupywanie, stawanie na zewnętrznych stronach stóp, drobne obroty i skręty tułowia. Jest zimno. Z obliczeń kolejkowych rachmistrzów wynika, że przesunięcie się w kolejce o długość bloku zajmuje około godziny. "Trzeba być wariatem" - kwituje całą sytuację przechodząca obok starsza pani, ale w jej głosie słychać niepewność z nutką zazdrości.



Zjawia się konkurencja i nęci do zmiany planów. "U nas taniej, u nas bez kolejki" - uśmiecha się sympatyczny pan, rozdając zaimprowizowane ulotki z odręcznym napisem "PĄCZEK Z RÓŻĄ. ul. Górczewska 6" na małych papierowych torebkach. Ale ludność obserwuje zaistniałą sytuację z politowaniem. Zapach pączków dociera bez przeszkód i nie pozwala na rezygnację.

Co pięć minut z cukierni wypada wesoły klient z pączkiem w zębach, zaopatrzony w pakunki z firmowym, czerwonym stempelkiem. Kolejka zgodnie przełyka ślinę i docieka: "Pyszne?". "Mmmm", "Yhy" - podają jednoznaczne odpowiedzi. Robi się nerwowo. Nastrój rozładowuje spontaniczna degustacja kiełby i szynki zorganizowana przez właścicielkę pobliskiego sklepu wędliniarskiego. "Szynka po 22", "Zapraszam do nas - można coś zjeść i się ogrzać" - część kolejki skwapliwie korzysta z propozycji. Ale miłe chwile nie trwają długo.

Atmosfera gęstnie, gdy do kolejki zaczynają dołączać "siostry" i inni "znajomi". Pani w lokach trzęsie się z oburzenia: "To ma być w porządku? Miała pani stanąć ZAMIAST, a nie OBOK! No sami Państwo widzą - stoją obie!". Niezorientowani dopytują się, w czym problem. "W limicie, proszę pana! W limicie!". Rzeczywiście kartka na drzwiach informuje bezlitośnie, że jednej osobie przysługuje tylko dwadzieścia pączków. Panikę, smutek i niedowierzanie przerywa nagły huk petardy, którą młodzież z wawelberga spontanicznie funduje kolejce.

Kiedy dym się rozprasza, interesujący nas segment kolejki ląduje w cukierni. Robi się ciepło i słodko. Opadają ostatnie emocje. Ludzie naradzają się, ile wziąć bez lukru i zamówienie idzie na produkcję. Po kilku minutach tace z ciepłymi pączkami lądują na ladzie i następuje parcelacja. Przy okazji sprzedawczyni przyznaje, że to przedostatnia lub ostatnia porcja ciasta. "Muszę zacząć informować ludzi w kolejce...".

Na dworze jest już ciemno. Wolacy stoją niewzruszenie. Odchodzimy z pączkami w zębach, zastanawiając się, czy wiadomość o zakończeniu produkcji zostanie przyjęta ze zrozumieniem...

3 marca 2011

Nieudana rozbrajanka w linii 24


Zarzut: Oskarżony o to, że biorąc udział w związku zbrojnym "w dniu 18 lutego 1982 r. około godz. 12,30 w tramwaju linii "24" na ulicy Obozowej w Warszawie działając wspólnie i w porozumieniu z Tomaszem Andrzejem Łupanowem, posługując się bronią palną [...] usiłował dokonać rozboju na osobie st. sierż. MO Zdzisława Karosa w ten sposób, że grożąc użyciem broni chciał zabrać w/w w celu przywłaszczenia pistolet, a gdy st. sierż. MO Zdzisław Karos nie wydał broni i zbliżył się do Roberta Chechłacza z zamiarem odebrania mu broni, Robert Chechłacz oddał jeden strzał [...], powodując u pokrzywdzonego obrażenia narządów wewnętrznych ciała, w następstwie których wymieniony Zdzisław Karos zmarł w dniu 23 lutego 1982 r. w szpitalu w Warszawie."

Kwalifikacja: Przestępstwo z art. 148 § 1 kk w zb. z art. 11 § 1 kk w zw. art. 210 § 2 kk

Skazany: TAK

Wydarzyło się to sześćdziesiątego ósmego dnia stanu wojennego. Teatr TV w ramach SCENY FAKTU zrobił w 2007 r. spektakl, który oczywiście polecamy, ze względu na lokalizację części akcji. Chłopaki nie kwalifikują się pewnie na żołnierzy wyklętych, ale czemu ich nie przypomnieć?

Źródło: www.13grudnia81.pl 

Zdjęcia z teatru TV: "Oskarżeni. Śmierć sierżanta Karosa"

23 grudnia 2010

Jeszcze o Czeszce


„Bohdan Czeszko urodził się 1 kwietnia 1923 roku w Warszawie, w rodzinie inteligenckiej. Stereotypowa informacja z ankiety personalnej: «pochodzenie inteligenckie» w przypadku tego pisarza ma sens istotny, ponieważ w wielu późniejszych książkach Czeszki odnajdziemy obraz «edukacji» inteligenta na drodze do światopoglądu komunistycznego. W rodzinie pisarza, w domu Leonarda i Marii Czeszków przy ulicy Skierniewickiej na Woli, tradycje lewicowe były zresztą dość wyraźne, co bez wątpienia nie pozostało bez wpływu na późniejszą biografię pisarza.
Wojna zastała Bohdana Czeszkę na progu dojrzałości życiowej. Tuż przed jej wybuchem w maju 1939 zdał tzw. «małą maturę» w jednym z warszawskich gimnazjów ogólnokształcących. Okupacja wraz z przyniesionym przez nią pogorszeniem sytuacji materialnej rodziny zmuszała do rezygnacji z dalszej nauki. Czeszko rozpoczął pracę jako robotnik w stolarni na Woli, przechodząc tu kolejne stopnie wtajemniczenia rzemieślniczego – od praktykanta do czeladnika”.
Czeszko, Andrzej Makowiecki, Agencja Autorska i Zjednoczenie Księgarstwa, Warszawa 1972, s. 5-6

Kontynuując wątek kontynuowany przez Front, dokładamy swoją cegiełkę, zaprawę, punkt zaczepienia. Ulica Skierniewicka - czy ostały się jakieś ślady? Dom, sąsiedzi, stolarnia, czy tylko „Wióry"? A gdyby ktoś nie zajrzał na wyżej wspomnianego wikilinka, to stolarnia podobno mieściła się pod numerem 6/8 również na Skierniewickiej.

31 października 2010

Kochana Mamo - Ocenzurowano



"Kochana Mamo
W dniu Twych imienin składam Ci moc najserdeczniejszych życzeń. Życzę Ci dużo zdrowia, pomyślności i spełnienia marzeń jak również beztroskich dni w życiu.
Z zagubionej okolicy życzy Ci Twój kochający Cie syn Wojtek.
Warszawa Mokotów dn. 15.05.1964 r."

Dziś prezentujemy fragment kolekcji wzruszających pamiątek po byłych lokatorach jednego z mieszkań Osiedla T.O.R. Z niepozornych kartek pocztowych nadgryzionych zębem czasu oraz innych piwnicznych gryzoni odczytać możemy historię wolskiej rodziny. Troskliwi synowie dużo podróżowali po Polsce a czasem tylko po dzielnicach (np. zagubiona okolica = Warszawa Mokotów), zasyłając rodzicom pozdrowienia i życzenia. Przy okazji prosili o różne drobne przysługi np.:

"[...]P.S. Proszę bardzo mamusie o przysłanie mi pieniędzy na wypiskie. Dziękuję Markowi za widokówke. Za pieniądzie z góry bardzo serdecznie dziękuje. Jacek" (zachowana pisownia oryginalna).

Dwie legendy krążą po bloku odnośnie zniknięcia pana Henia (tj. ojca podróżujących synów - Jacka i Wojtka). Pierwsza - biznesowa - głosi, że Henio wraz z małżonką wybuchli podczas pędzenia bimbru, mieszkanie uległo częściowej rozwałce a lokatorzy - całkowitej, że strach ich było sanitariuszom na nosze przełożyć. Według drugiej wersji - romantycznej - Henio małżonkę oblał benzyną i podpalił w afekcie, gdyż wiarołomstwo mu uczyniła i zdradę. A potem sam się dla niepoznaki podpalił, że niby to wszystko przypadek był tragiczny. Ale czy tak było? I czy rzeczywiście Henio? Tego chyba już nigdy się nie dowiemy, chyba że z najnowszego numeru Zeszytów Wolskich...

20 października 2010

Mosty, mostki, kładki... a właściwie wiadukt

W związku z akcją "pomostową" Grupy przypomnieliśmy sobie o pewnym dawno znalezionym poście na Froncie Wola. W poście tym można przeczytać o "Pokoleniu" Wajdy, a dokładniej o pierwszych dwóch minutach tego filmu, z przepiękną wolską panoramą. Post ten skłonił nas nie tylko do obejrzenia filmu ale i do sięgnięcia po książkę Bohdana Czeszki i przeczesania tejże książki wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu znajomych miejsc na Woli i na Kole. Dużo się tego znalazło - wolski przewodnik "pokoleniowy" można by zrobić. Póki co - dalsze kilka minut filmu - napad na pociąg z widokiem na wiadukt przy Górczewskiej, czyli tematycznie w zgodzie z dzisiejszą akcją GTWB. Film na youtube, a poniżej fragment z książki.

„Stacho Kowalik, Zyzio i Kostek gadali jeden przez drugiego, sapali przez nos, zgrzytali zębami, przerywali sobie nawzajem. Stacho także rozgadał się, głowa jego stała się pusta i leciały przez nią myśli nieważkie, a olśniewające. Teraz i on sapał i zgrzytał zębami.
Siedzieli potem na zewnątrz, opierając plecy o nagrzaną słońcem ścianę pieca. Niebo nad ich głowami wisiało wysoko, było lśniące i miękkie jak futro czarnego kota. Kostek grał najbardziej tęskne melodie.
Pili, a Kostek pochylając nisko twarz nad Stachem pytał: «...No jak, idziesz z nami, terminatorze?»
– Zostaw, on teraz majstrowi dziecko bawi. Koszyk z kartoflami nosi za majstrową – dogadywał Zyzio i gęgał śmiejąc się do rozpuku.
Stacho zamknął mu gębę, powiedział, że idzie. Zapragnął jeszcze ten ostatni raz skoczyć na pociąg dudniący w mroku, uczepić się pazurami byle czego, przypłaszczyć się do desek aby pęd nie oderwał, i wyrzucać później na pole, co popadnie pod rękę: skrzynie, worki, grudy węgla.
– Bogate transporty idą na wschód dla armii: tłuszcze, cukier, buty... a ty co? Za nędzne fenigi jak kto głupi. – Kostek odepchnął głowę Stacha gestem obrzydzenia.
Później czołgali się bruzdami ogrodów. Mokra od rosy nać chlastała po twarzy. Dusili brzuchami badyle i owoce pomidorów wydzielające zapach tak mocny, że prawie dawał się smakować.
Dalej jest gładki, porośnięty krótką trawą stok kolejowego plantu. Dudni pociąg gnający na wschód po obwodowej linii. Lokomotywa świeci przymrużonymi reflektorami.
«Parowóz patrzy jak koza. Koza ma prostokątne źrenice pionowo, a to na płask» – myśli Stacho i zwilża co chwila śliną zasychające gardło. Parowóz przeleciał i teraz łomoczą wagony kołami po spojeniach szyn.
Pierwszy skoczył Zyzio. Poderwał się, w długich susach biegł za wagonem. Widzieli jego czarną sylwetkę w szarej poświacie gwiazd.
Następny, Kostek, uniósł się na rękach i wtedy właśnie klasnął strzał, wydawało się – tuż nad ich głowami. Jęknęła kula i w tym samym momencie Zyzio krzyknął: A, a, a! Nie było ratunku. Posypały się z plantu drobne kamienie. Szurnęli w kartofle jak szczury. Niemcy klęli, świecili latarkami. Jeden z nich warczał: Raketen – das brauche ist jetzt. Zrozumieli słowo Raketen i poczołgali się szybciej.
Kiedy charczeli ze zmęczenia, łapiąc oddech w ciepłej, pełnej znajomych woni klatce schodowej domu, Kostek mówił:
– Poznałem po głosie, to był «panenka» – banszuc. Dobrze, że psa nie mieli. Widziałeś, jak polują łobuzy... (zabrzmiała nutka podziwu) ...ale ten «panenka» to on się na mnie nadzieje, ja jemu jeszcze w swoim życiu kozikiem dogodzę. Teraz trzeba zniknąć na parę dni, bo Zyzio sypnie, jak go zaczną maglować.
Obawy okazały się płonne. Pocisk oderwał Zyzia od stopnia wagonu, a koła całego długiego pociągu rozniosły jego ciało na strzępy”.

Bohdan Czeszko, Pokolenie, str. 28-29

21 sierpnia 2010

Robotnik gite ładuje kitę

„[...] Pamiętam, jak pracując wspólnie przy pasowaniu okien w nowowybudowanym skrzydle fabryki Wedla kradliśmy kakao i czekoladowe wyroby. Kradliśmy nie po partacku, lecz dorabialiśmy klucze do precyzyjnych zamków cuhaltowych, a kakao wywoziliśmy nawet samochodem naszej firmy przywożącym nam materiał. Portierowi, w zamian za przymrużenie oka, zrobiliśmy solidna pakę na węgiel, wybitą kradziona blachą, a także złożyliśmy mu beznadziejnie rozsypaną balię. Po tej dziwaczejącej już wówczas fabryce krążył jeszcze stary Wedel – szczupły, dystyngowany pan, konkurujący na rynkach światowych z Suchardem, chodził i wściekał się, ponieważ działy się rzeczy niepojęte: Kradną... Kradną w JEGO fabryce, w tym wzorcu fabryk cukierniczych, w tym latami pielęgnowanym precyzyjnym mechanizmie... Biedny...
Zazwyczaj kradliśmy na mieście. Nie gnębiły nas żadne skrupuły, ponieważ okradaliśmy wroga. Kakao, które wyprowadziliśmy od Wedla, zasiliłoby kaloriami jedynie przemarzających pod Stalingradem esesmanów i lotników Luftwaffe. W ten sposób kilkakrotnie wcale nieźle podreperowaliśmy się.
Kradzież materiałów w takiej fabryce jak nasza nie mogła przynosić większego dochodu, ponieważ jest trudno ukraść drzewo posiadające wartość przemysłową. Niekiedy, bardzo rzadko, trafia się sposobność spławienia kilku desek w czasie transportu do fabryki. Nigdy nie gardziłem taką sposobnością. Inne materiały, takie jak: politura, barwniki, klej, gwoździe, śruby i okucia, kradliśmy w takich ilościach, jakie potrzebne nam były przy wykonywaniu fuszerek i partanin. Trzeba wyjaśnić te pojęcia. Wykonywanie fuszerek i partanin było drugą drogą wiodącą do powiększenia dochodu. Fuszerka oznacza wykonanie w czasie należącym do pracodawcy, w czasie godzin fabrycznych, drobnych robót z materiału fabrykanta, oczywista, na własny rachunek. Fuszerkę, lub jak chcą inni, „fuchę”, można niekiedy ukryć w normalnym toku produkcji tak, że nikt tego nie zauważy. Bywa jednak, że przedmiot wykonywany odbiega wyglądem od tego, co w danej chwili produkuje fabryka, wówczas trzeba albo zblatować majstra, albo poprosić kolegów o kapowanie na niego, kiedy samemu w pocie czoła pracuje się na chleb. Pierwszy sposób jest skuteczniejszy, ludzie są ludźmi. Gotowe owoce fuszerki lub części przygotowane do montażu wynosiliśmy, pamiętam, w workach z wiórami lub w fałdach odzienia.
Partanina jest to robota wykonywana poza godzinami  pracy. „Złapać partaninę na mieście” oznacza: otrzymać zamówienia na wykonanie usługi. Niekiedy wymagało to przerwania pracy w fabryce na jeden lub kilka dni, stwarzało konieczność przyjęcia wspólnika, a nawet zorganizowania brygady wówczas, kiedy zlecenia miało charakter poważniejszy i było pilne. Pracowało się także po fajrancie na partaninach. Niewielu wykonywało te roboty solidnie. Brak materiałów i narzędzi, fatalne niekiedy stanowisko robocze, wreszcie chęć pospiesznego zarobienia pieniędzy, idąca w parze z niefachowością odbiorcy, to wszystko na równi pozwalało, jak i zmuszało „puścić” robotę. Stąd może i nazwa: partanina, oznaczająca przecież robotę marną, partacką.
Reszta jest już legalnością.
Sprzedawaliśmy przydzielaną nam po sztywnych cenach odzież roboczą. To jednak nie opłacało się. Za te marne łachy dostawało się nędzne grosiwo, a i my z biegiem lat wydzieraliśmy się z ze wszystkiego. Jeden chyba Zygmunt nieuchronnie niósł każdy nowy kombinezon do „Mietka”, który miał w „Czerwoniaku” na Dworskiej knajpę z wyszynkiem gwarantowanego bimbru w różnych gatunkach (cukrowy, żytni, z melasy, z buraków cukrowych i t. d., po tym z buraków odbijało się piwnicą).
W domowym budżecie każdego z nas kłopotliwą pozycję stanowił opał. Likwidowaliśmy tę pozycję gromadząc w ciągu lata w komórkach i składzikach zapas wiórów na zimę. Zimą, bezustannie uzupełniając zapas, paliliśmy tymi wiórami w specjalnie do tego celu przygotowanych piecykach. Wióry płonęły niesłychanie szybko i dawały niewiele ciepła, dlatego braliśmy także kitę.
Kita – to przycięte odpowiednio klocki drewna, kawałki desek, odpady... Jeśli brakło odpadów, nawet nam ręka nie drgnęła, kiedy rżnęliśmy tłusty, smolny ramiak drzwiowy lub nogę stołu. Byli wśród nas utalentowani kiciarze, którzy nie zadowalali się byle czym. Przygotowywali sobie ładunek w ciągu całego dnia, pilnie bacząc na smolistość drzewa sosnowego, węsząc za twardym dębem lub tak  pięknie płonącą brzeziną. Klocki przycinali sobie „do winkla” układając paczkę jak skomplikowaną łamigłówkę. Wynoszenie drzewa pod wszelka postacią było zabronione, ale kitę ładowaliśmy do worków z wiórami, które można było zabierać w dowolnych ilościach. Na budowie, na mieście, rzecz była daleko prostsza, bowiem nikt nas nie kontrolował. Na budowie zawijaliśmy kitę w papier, by w tramwaju nie pobrudzić współpasażerów. Jedynie łopaciarze i pomoc murarska wozili swoje nabite gwoździami i byle jak połupane dechy na nic w tłoku nie bacząc. W nas jednak – wykwalifikowanych robotnikach – kołatały się resztki godności i ogłady. Zgrabnie sporządzona i owinięta papierem paczka mogła zawierać cokolwiek innego, a nie koniecznie te właśnie żałosne skrawki drewna.
Kita to nie był wynalazek wojenny. Kiciarzy namnożyła już przed wojną kryzysowa bieda. Przed tym jedynie chyba sezonowi robotnicy – chłopi, którym natura nie pozwalała przejść spokojnie obok walającego się bez opieki kawałka drewna, uprawiali kiciarstwo. Naśladować ich później poczęli wszyscy, którzy mieli do czynienia z drewnem: stolarze, cieśle, parkieciarze, okuwacze... W czasie wojny kita stała się powszechna. Ostatecznie trzeba na czymś ugotować tego kartofla z postem. «Robotnik gite ładuje kitę» – takim powiedzonkiem okraszaliśmy sobie tę czynność ubogich. Poniżająca była i kradzież i fuszerka, ale działania te zawierały w sobie element męskiego ryzyka, kita natomiast trąciła żebractwem. [...]
Panowało powszechne przekonanie, oparte na historycznym doświadczeniu (starsi pamiętali pierwszą wojnę światową i okres prosperity, jaki później nastąpił), że po wojnie, kiedy minie okres stabilizacji rozjątrzonego życia, nadejdą dobre czasy.
«Roboty nie przerobisz... Zaraz po wojnie położę się na trawie i na zelówkach kredą napiszę moją cenę, aby mnie po próżnicy nie budzili» – tak mawiali buńczuczni. Okres kryzysu gospodarczego z lat trzydziestych wraził się w pamięć ludzką bardzo boleśnie i nie tylko za biedę szukali zadośćuczynienia w czasach, które miały nadejść, lecz także za wszystkie upokorzenia. «Kto przeżyje, będzie żył po ludzku». Nie będzie fuszerek i kiciarstwa – żebraczej pogoni za kawałkiem smolnego drewna, powróci duma zawodowa, godność ludzi umiejących wytwarzać.
Przed rokiem przyszedł do mnie Ele. Wszedł i postawił pod drzwiami teczkę. Nic się nie zmienił zewnętrznie. Musiał być młodszy, niż sądziłem wówczas. Potoczyły się opowieści. [...]
Przy pożegnaniu podając mu teczkę zważyłem ją w ręku.
- Graty taszczysz, Ele? Załapałeś partaninę na mieście?
- Nie – powiedział. – to kita”.

Bohdan Czeszko, Edukacja niesentymentalna, Naukowa rozprawa o kicie, Warszawa 1958, s. 163-169.
Zdjęcie: Pokolenie (1954), reż. Andrzej Wajda, scen. Bohdan Czeszko

11 sierpnia 2010

U Małgosi na imieninach...


Jakiś czas temu podczas przechadzki po Woli natknęliśmy się na kapelę ani chybi warszawską. Zespół z racji ulokowania garażowy, dedykował występ niejakiej pani Małgosi, która obserwowała całe zajście z okna pobliskiego budynku. Usłyszeć można było między innymi "U cioci (a właściwie u Małgosi) na imieninach" i "Nie masz cwaniaka nad Warszawiaka". Wersje podwórkowe pozwoliliśmy sobie utrwalić i podlinkować do odsłuchu. A tak dla przypomnienia - wersje  klasyczne tu i tu.

7 maja 2010

Wolskie ulice - Płocka

Fundacja Hereditas oraz Urząd Dzielnica Wola m.st. Warszawy zapraszają na wycieczkę z cyklu Wolskie ulice. W sobotę, 8 maja po ulicy Płockiej oprowadzą nas Ewa Andrzejewska i Basia Kujawa. Spotkanie: róg ul. Płockiej i Obozowej o godz. 11. Zapisy pod nr telefonu 22/5048332.

Zdjęcie: Cyfrowe Archiwum Woli.

5 maja 2010

Mieszkańcy o "Dziesiątkach" - Alicja Kubecka

Zapytaliśmy mieszkańców, jak wyglądało ich przedwojenne życie na Kole. Na nasze  pytania odpowiedziała m. in. p. Alicja Kubecka (adres przed wojną i potem do połowy lat pięćdziesiątych: Obozowa 73 m 37). Zapraszamy do historii!

I. Wygląd Osiedla
Nie pamiętam dozorcy. Wydaje mi się, że przed wojną mieszkał w każdym bloku na I klatce. Sprzątał teren i klatki schodowe.
Ogrodzenia, furtki i bramy pochodzą sprzed wojny. Samochodów na terenie Osiedla nie było przed wojną. Po wojnie mogły jakieś stać.
Teren był zadrzewiony, zadbane trawniki, krzewy. Po wojnie zaczęto trochę grodzić, przede wszystkim dla ozdoby. Nie pamiętam żadnych konkursów [kwiatowych].
Z trzepaków korzystano ciągle. Bawiły się na nich także dzieci. Dużych spotkań sąsiedzkich raczej na podwórzach nie było.
Śmieci usuwano w sposób tradycyjny. Wywożone były regularnie. Otoczenie budynków było bardzo czyste.
Psy i koty.
Bloki były piaskowe, piony i przyziemie z czerwonej cegły. Drzwi na klatkach schodowych zawsze były białe.

II. Wnętrze bloku i mieszkania
Ściany klatek schodowych były chyba kremowe, płytki są te same. Były skrzynki na listy. W gablotkach kompletne listy lokatorów. Podział był umowny. Piwnice były przypisane do każdego mieszkania, na strychach każde mieszkanie miało wyznaczoną część boksu. Bardzo pilnowano wykonywania zaleceń ppoż. Na strychach zawsze był piach w skrzyni.
Gotowano na gazie, były tez kuchnie węglowe. Osiedle było nowoczesne – miało elektryczność.
Wystrój wnętrz zależał wyłącznie od użytkowników. Meble także. W wielu mieszkaniach były radioodbiorniki. Na balkonach starano się hodować kwiaty. Na oknach także. Przed wojną mieszkania były kontrolowane pod względem czystości, porządku itp.

III. Życie codzienne
Posiłki – jak dziś. Często skromniej. Zdarzała się smażona cebula, kapuśniak, placki ziemniaczane. Uroczystości rodzinne przebiegały zwyczajnie, spotykało się nawet piętnaście osób.
Do prania wystarczała tara i balia. I wyżymaczka. Stosowano bielidło, farbkę, szare mydło (do gotowania) i krochmal. Pralki były później!
Ręczniki były różne. Mydło w kostkach, proszek do mycia zębów.
Pracował głównie mężczyzna. Kobiety pracowały rzadziej, wtedy domem zajmowały się babcie.
Radio, spacer, gazety, kino (także objazdowe).
Dzieci grały w piłkę, bawiły się skakanką, grały w klasy, przewijały się na trzepaku.
Dla dzieci często szyto ubrania w domu.
Administracja mieściła się w 20 bloku. W Domu Kultury była biblioteka, odbywały się koncerty, zabawy, spotkania. Akcji „Kropla Mleka” nie pamiętam. Wykłady pamiętam. Drużyny harcerskiej – nie.

IV. Sąsiedzi
Osiedle było bardzo spokojne, przestrzegano obowiązujących regulaminów (groźba wyprowadzenia się z bloków w przypadkach łamania przepisów). Sąsiedzi znali się dobrze ale wspólnych imprez raczej nie było. Część sąsiadów nadal pamiętam. Wprowadzano się sukcesywnie. Rodziny liczyły 3 – 7 osób.

V. Własna historia
Przeprowadziliśmy się z ul. Obozowej 20. Mieszkania były częściowo wykupione z Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej.

VI. Za ogrodzeniem
Autobusów nie pamiętam. Tramwaje: 1, 13, 16, 20, 24.
Bilety sprzedawał konduktor.
Pamiętam tylko pociągi towarowe, np. z węglem. Żadnej stacji kolejowej nie było.
Po zakupy: do sklepu w 10 bloku (art. spożywcze – WSM), w 1 bloku też był sklep spożywczy. Były też prywatne sklepiki (mięsny, pieczywo, apteka, warzywny), przy ul. Bolecha.
Szkoła przy Ożarowskiej, po wojnie – duża przy Obozowej (dziś Norwid).
Parkiem był lasek. Ciekawy był malutki Domek Kultury za Ożarowską. W czasie Powstania Warszawskiego zginęła tam cała polska załoga.
W gliniankach często się kąpano. Były wypadki utonięć. Kawiarni nie pamiętam.
Nazwa Dom Ludowy mogła dotyczyć tego małego domku za Ożarowską.
Budy – slumsy w lasku, bliżej torów kolejowych (wiadukt).
Drewniane Koło – domy przy obecnej pętli tramwajowej (parterowe, drewniane, z ogródkami, po 2-3 lokale w każdym).

28 kwietnia 2010

Wolskie ulice - Grzybowska

Fundacja Hereditas oraz Urząd Dzielnica Wola m.st. Warszawy zapraszają na wycieczkę z cyklu Wolskie ulice. W czwartek, 29 kwietnia po ulicy Grzybowskiej oprowadzi nas Ola Brzozowska. Spotkanie: ul. Karolkowa przed kościołem św. Klemensa Dworzaka - redemptorystów, godz. 11. Zapisy pod nr telefonu 22 504 83 32.

Zdjęcie: Cyfrowe Archiwum Woli.

21 kwietnia 2010

Cyfrowe Archiwum Woli


W marcu tego roku Stowarzyszenie Nasz Norblin uruchomiło Cyfrowe Archiwum Woli. Na początek zdigitalizowane zostały zbiory Muzeum Woli. Wkrótce do archiwum dołączone zostaną zbiory osób prywatnych związanych z dziejami dzielnicy Wola. Do zdjęć można dodawać własne informacje. Zapraszamy do odwiedzania stron archiwum i dzielenia się swoją wiedzą.

Zdjęcie: Dzieci z osiedla TOR na Kole

20 marca 2010

Czekając na polskie „Corridori”

 Żelazna nie należy do najefektowniejszych ulic Śródmieścia. Między zabudową starych kamienic tkwią, niczym rodzynki w cieście, pojedyncze obiekty nowej architektury, bądź stare, ale odrestaurowane i zmodernizowane kamienice. W spokojnym nurcie życia tej ulicy, nawet społemowski „Feniks” nie stał się większym handlowym wabikiem dla warszawiaków z odleglejszego sąsiedztwa.
Ale nie tak dawno wokół „Feniksa” wzmógł się ruch. Wystarczyła bowiem jaka taka reklama, iż w tym to domu handlowym będzie sprzedaż rozmaitych artykułów dziecięcych włoskiej firmy „Corridori”. Wiadomo, dla swego dziecka – nie ma granic poświęcenia! Więc też wielu rodziców gotowych jest wojażować kilometry z odległych osiedli Stegny bądź Wawrzyszewska na ulicę Żelazną, do włoskiego dziecięcego raju.
Przechodziłem koło „Feniksa”, jak każdego dnia, swą normalną „ścieżką do pracy”. Uwagę moją zwrócił niewielki tłumek przed witrynami i gablotą. Podszedłem. Ahaaa, to „Corridori” – przypomniałem sobie.
Rzecz szczególna, że o ile przed witrynami tłoczyło się wiele osób, o tyle w samym sklepie dostrzegało się niezbyt duży ruch. Był to zapewne efekt karteczek z cenami przy każdym artykule. Jeszcze przed wejściem do sklepu ta wstępna „przymiarka do kieszeni” działała niczym zimny prysznic na niektórych zapaleńców – potencjalnych klientów. Trudno było bowiem dostrzec karteczki z niższego rzędu trzycyfrową ceną.
Wiele wyrobów rzeczywiście mogło zafrapować użytecznością, prostotą, efektownym wyglądem, doborem pogodnych kolorów, przez to cała ekspozycja w witrynach była żywa, atakowała patrzących mnóstwem barw, przyciągała.
Lalki, zabawne zwierzęta – foteliki, wózki, kojce, łóżeczka, wysokie foteliki, nosidła, a nawet podgłówek samochodowy itp. Wiele tu plastyku w kombinacji z konstrukcją z lekkich rurek metalowych. Czasem zamiast skayu – jako pokrycie – brezent. Ale wszystko porządnie, starannie wykończone, wszystko też dobrane z rozmysłem, zastanowieniem – czemu, komu, jak ma służyć.
To oczywiście pierwszy rzut oka, spoza witryny. Albowiem trudno powiedzieć, jak wszystkie te zabawki i sprzęty służyć będą w codziennym użytkowaniu. Ładne, barwne, funkcjonalne – nie znaczy jeszcze, że trwałe, że z tych śliczności nie wyjdą na jaw rozczarowujące mankamenty. No, ale to tylko  b y ć   m o ż e, natomiast efekt pierwszego zetknięcia z wyrobami „Corridori” jest niewątpliwie dodatni.
Więc obejrzałem sobie, tak jak inni, feniksową włoszczyznę i już zmierzałem przed siebie, poglądając jeszcze na mijane witryny, gdy tuż za wystawami „Corridori”, jakby dla kontrastu, wystawa reklamująca nasze, rodzimej produkcji zabawki. Pozostała tu jedna, gdy inne sąsiednie oddano na rzecz prezentacji włoskich wyrobów. Stanąłem jak urzeczony. Przede mną, wśród innych pluszowych zwierzaków, dość pokaźnych rozmiarów, tkwił przyczepiony w kolorze buraczkowym zając, trzymający w łapie rakietę badmintonową. Patrzył na mnie swym zajęczym zezem, chyba tak, jak patrzy jego żywy brat na myśliwego, gdy mierzy doń z dwururki. Miał być to zapewne zając wesołek, z charakterem, bez obsesji na punkcie swej barwy. Zapewne nie załamał go też ciemnofioletowy kubraczek, w który wystroili go twórcy. Obok niego drugi zając w pozie kopiącego piłkę. Ten dla odmiany koloru czekoladowego...
Oczywiście można zrobić szaroczarną papugę, granatową małpę, fioletową żyrafę itd., itp. ale po co? dlaczego? Dlaczego naszym najmłodszym, boć dla nich te zabawki, stwarzać otoczenie w kolorach ciemnych, smutnych, mimo że pierwowzory zabawek – słowem żywe zwierzęta – mają znacznie pogodniejsze barwy, maść, kolory, są ładniejsze, choć może mniej fascynują, szokują niż buraczkowy zając. Bądź co bądź zmusił mnie do paru minut medytacji i szukania odpowiedzi na pytanie, skąd u diabła wziął się taki kolor?
Zając powstał zapewne w myśl realizacji szczytnej skądinąd zasady – wykorzystania odpadów materiałów. Może...
Albo twórca kojarzył zająca rzeczywiście z buraczkami! Słowem zadziałała tu wyobraźnia rzec by gastronomiczna. Bądź co bądź nie tak rzadko comber na talerzu w sąsiedztwie buraczków, przybiera barwę zająca z witryny.
I jeszcze jedna myśl mnie naszła. Wszystkie sprzęty dziecięce pokazane przez „Corridori”, są tak proste, co więcej z surowców, które mamy. Wszystko bardzo użyteczne i potrzebne. Więc dlaczego nie ma na naszym rynku ich krajowych odpowiedników? Zwłaszcza, gdy tyle się mówi i pisze o wręcz konieczności wzbogacania półek sklepowych w nowe, użyteczne i poszukiwane artykuły. Gwoli sprawiedliwości trzeba dodać, że jeden z prezentowanych wyrobów jest już u nas – dziecięcy składany, spacerowy wózek-leżak. Lekki, poręczny, coraz częściej widziany na ulicach. Chętnie jest kupowany dla swych oczywistych zalet. Można przypuszczać, że pozostałe wyroby, nie mniej przydatne i potrzebne, ani chybi znalazłyby w przypadku krajowej produkcji, wielu nabywców.
Więc cóż, pozostaje nam czekać na polskie „Corridori”, byle nie za długo i nie... buraczkowe. (C.K.)

Stolica, 28.03.1976, Nr 13, s. 2-3
Zdjęcie z portalu Piotrkowe fotki

10 marca 2010

Tajemniczy mord na Woli

23-letni bezrobotny padł ofiarą politycznego terroru
Olbrzymi plac po zasypanych gliniankach na Woli przy ul. Płockiej pomiędzy Wolską a Dworską, popularnie zwany „Sadurką” był już niejednokrotnie terenem zabójstw i morderstw. Pomimo, że na placu tym jest już kilka domów, brak tam oświetlenia i bruku, oraz chodników. Wczoraj około godz. 4 właściciel zakładu garbarskiego przy ul. Płockiej 9/11, Emil Kowalski, oraz dozorca nocny usłyszeli kilka strzałów rewolwerowych. Po pewnym czasie dwaj robotnicy powracający z pracy z zakładów gazowych natknęli się w ciemności na leżącego pod parkanem człowieka. Robotnicy zaalarmowali dozorcę, ten zaś obudził właściciela garbarni. Kowalski zawiadomił policję 22 komis. Na miejsce przybył komisarz oraz przedstawiciele urzędu śledczego. Dopiero w dwie godziny od chwili znalezienia trupa wezwano Pogotowie Ratunkowe, którego lekarz skonstatował śmierć wskutek ran postrzałowych w prawą skroń i tylną część głowy. Denat leżał twarzą do ziemi.
Ze znalezionych listów i notatek przypuszczać należy, że zabójstwo dokonane zostało na tle politycznem. Denatem okazał się 23-letni Idzi Koprowski, syn wyrobnika (Ś-to-Jańska Nr. 15), b. urzędnik zakładów wojsk łączności (Chmielna 53a), ostatnio bez pracy. Przy denacie znaleziono zegarek na ręku, 20 zł i paczkę papierosów rosyjskich bez banderoli.
Policja śledcza, która znalazła na miejscu 5 gilz rewolwerowych, prowadzi dochodzenie, celem ujęcia zabójców.

Gazeta Warszawska, 4 kwietnia 1932, Nr 101, s. 4

10 lutego 2010

Bajkowy Front Wola


Dziś natrafiliśmy na blog o Woli (i nie tylko), a właściwie na bajkowy notatnik. Front Wola pokaże Wam historię miasta uwięzioną w czasie między budynkami, detalami i ulicami. Możecie tam również śledzić fascynujące i mrożące krew w żyłach przygody lodóweczki (zdjęcie: Front Wola).

6 lutego 2010

Nowoczesne garaże na Woli
pomieszczą 200 autobusów P.K.S.


200 autobusów PKS-u, które dotychczas parkowane są pod gołym niebem, znajdzie pomieszczenie w nowopowstających garażach przy ul. Wolskiej 64. Dwie pierwsze ogrzewane hale o łącznej powierzchni 5000 metrów kwadratowych zostaną oddane do użytku w końcu stycznia br. Pozwoli to już na zabezpieczenie pierwszych 100 autobusów, przede wszystkim zaś nowych Leylandów, które są szczególnie wrażliwe na zmiany atmosferyczne. Po wykończeniu dalszych trzech hal, garaże będą w stanie pomieścić w najbliższych miesiącach 200 autobusów. Wystarczy to w zupełności na potrzeby warszawskiego oddziału PKS.

Budowa zespołu dużych hal-garażów trwa pomimo niepomyślnych warunków atmosferycznych. Wczorajszy deszcz nie przeszkodził w pracy robotnikom zatrudnionym na budowie.

Za dwa tygodnie
Roboty przy dwóch największych halach, które za dwa tygodnie mają być gotowe, zbliżają się ku końcowi. Blacharze kładą ostatnie arkusze blachy falistej, kończąc krycie dachu. Jednocześnie prowadzi się roboty hydrauliczne, szkli okna, dokonuje ostatnich poprawek murarskich.
Nie przerywa się również robót przy budowie ostatnich hal, z których jedna przeznaczona została na nowocześnie urządzoną stację obsługi. Projektuje się wyposażyć ją w szereg urządzeń, które pozwolą na bardzo szybki przegląd i „toaletę” wozów. M. in. zainstalowany tu będzie specjalny system pryszniców (pod wysokim ciśnieniem), które umożliwią automatyczne mycie autobusów.
W dalszej fazie prac powstanie budynek administracyjny; wykonane zostaną również drogi dojazdowe. Cały obszar garażów pokryty będzie betonową nawierzchnią.

Deszcz nie przeszkadza
Blacharz Tomasz Zalewski jest widocznie zupełnie odporny na zaziębienie, bo jak widzimy, nie zwraca wcale uwagi na rzęsisty deszcz. Z zupełnym stoicyzmem i imponującą w tej sytuacji precyzją, dopasowuje ciężki arkusze blachy. Jego ruchliwa sylwetka zamazana potokami deszczu góruje nad terenem robót, jako najwidoczniejszy przykład pośpiechu z jakim pracuje.
- Muszę pokryć dziś 25 metrów kwadratowych dachu. Jakbym się oglądał na deszcz, to nie wiadomo kiedy byśmy skończyli te garaże – śmieje się do nas z góry.
W połowie tylko zasłonięty dachem pracuje spawacz zrobiwszy sobie nad oczami prowizoryczny daszek z papieru. Iskry tlenowego aparatu mieszają się z deszczem, rozsypując w powietrzu migotliwą kaskadę światła, malowniczo wyglądającą przez pryzmat ulewy.
- Jak się nazywacie towarzyszu – pytamy głośno, okrywając płaszczem notes.
- Czekanow.
- A na imię?
- Eugeniusz. E- jak Ewa, U – jak...
- Dobrze, dobrze. Słyszałem. Deszcz, jak widzę, nie przeszkadza.
Spawacz odwrócił się do mnie wesołą twarzą, po której pomimo daszku z gazety, spływały strumienie wody.
- Co robić. Termin.
Tak powstają w stolicy nowe budynki, garaże, magazyny. Takim właśnie blacharzom, spawaczom i dziesiątkom im podobnym zawdzięczamy odbudowę Warszawy, która dźwiga się i w zimie i w lecie, i podczas ulewnego deszczu – i w słoneczny dzień. (wk)

Robotnik, Nr 4, 2 stycznia 1948, str. 7
Zdjęcie: Leyland Titan TD4c #JY6731, ul. Wolska, ADM
www.przegubowiec.com

5 lutego 2010

Ze strony Mirowa



Strona "z sąsiedztwa" istnieje już prawie trzy lata, a dopiero dziś na niej zagościliśmy. Na portalu "My z Mirowa" znajdziecie opisy ulic, ciekawe fotografie (m.in. piękne zdjęcie butelki z browaru Haberbusch i Schiele) i artykuły oraz panoramę Mirowa. Zajrzyjcie koniecznie!

Na zdjęciu: Hale Mirowskie
Źródło: wikimedia

27 stycznia 2010

Pustką i chłodem wieje
na jednodniowym targowisku

Targowisko jednodniowe przy dawnym kinie W-Z, a może lepiej powiedzieć - nieczynnym od fiu-fiu! nie wiem ilu lat, klubie Fugazzi, miało być gwarne, ruchliwe i tanie. Póki co - nie jest. Wiatr zawiewa śniegiem, stoisk brak, tylko pojedynczy sprzedawca majaczy w oddali, kupujących nie widać. Można zrzucić winę na pogodę - zimową i mroźną, ale warto też zastanowić się nad zasadami funkcjonowania bazarku. Czy środa od godziny 8.00 do 14.30, to odpowiedni czas? Czy opłata targowa 8 zł (tak, tak! Miasto już zdecydowało o podniesieniu opłat!) to aby nie za dużo? Z ciekawością będziemy obserwować losy targowiska.