23 grudnia 2010
Jeszcze o Czeszce
„Bohdan Czeszko urodził się 1 kwietnia 1923 roku w Warszawie, w rodzinie inteligenckiej. Stereotypowa informacja z ankiety personalnej: «pochodzenie inteligenckie» w przypadku tego pisarza ma sens istotny, ponieważ w wielu późniejszych książkach Czeszki odnajdziemy obraz «edukacji» inteligenta na drodze do światopoglądu komunistycznego. W rodzinie pisarza, w domu Leonarda i Marii Czeszków przy ulicy Skierniewickiej na Woli, tradycje lewicowe były zresztą dość wyraźne, co bez wątpienia nie pozostało bez wpływu na późniejszą biografię pisarza.
Wojna zastała Bohdana Czeszkę na progu dojrzałości życiowej. Tuż przed jej wybuchem w maju 1939 zdał tzw. «małą maturę» w jednym z warszawskich gimnazjów ogólnokształcących. Okupacja wraz z przyniesionym przez nią pogorszeniem sytuacji materialnej rodziny zmuszała do rezygnacji z dalszej nauki. Czeszko rozpoczął pracę jako robotnik w stolarni na Woli, przechodząc tu kolejne stopnie wtajemniczenia rzemieślniczego – od praktykanta do czeladnika”.
Czeszko, Andrzej Makowiecki, Agencja Autorska i Zjednoczenie Księgarstwa, Warszawa 1972, s. 5-6
Kontynuując wątek kontynuowany przez Front, dokładamy swoją cegiełkę, zaprawę, punkt zaczepienia. Ulica Skierniewicka - czy ostały się jakieś ślady? Dom, sąsiedzi, stolarnia, czy tylko „Wióry"? A gdyby ktoś nie zajrzał na wyżej wspomnianego wikilinka, to stolarnia podobno mieściła się pod numerem 6/8 również na Skierniewickiej.
31 października 2010
Kochana Mamo - Ocenzurowano
"Kochana Mamo
W dniu Twych imienin składam Ci moc najserdeczniejszych życzeń. Życzę Ci dużo zdrowia, pomyślności i spełnienia marzeń jak również beztroskich dni w życiu.
Z zagubionej okolicy życzy Ci Twój kochający Cie syn Wojtek.
Warszawa Mokotów dn. 15.05.1964 r."
Dziś prezentujemy fragment kolekcji wzruszających pamiątek po byłych lokatorach jednego z mieszkań Osiedla T.O.R. Z niepozornych kartek pocztowych nadgryzionych zębem czasu oraz innych piwnicznych gryzoni odczytać możemy historię wolskiej rodziny. Troskliwi synowie dużo podróżowali po Polsce a czasem tylko po dzielnicach (np. zagubiona okolica = Warszawa Mokotów), zasyłając rodzicom pozdrowienia i życzenia. Przy okazji prosili o różne drobne przysługi np.:
"[...]P.S. Proszę bardzo mamusie o przysłanie mi pieniędzy na wypiskie. Dziękuję Markowi za widokówke. Za pieniądzie z góry bardzo serdecznie dziękuje. Jacek" (zachowana pisownia oryginalna).
Dwie legendy krążą po bloku odnośnie zniknięcia pana Henia (tj. ojca podróżujących synów - Jacka i Wojtka). Pierwsza - biznesowa - głosi, że Henio wraz z małżonką wybuchli podczas pędzenia bimbru, mieszkanie uległo częściowej rozwałce a lokatorzy - całkowitej, że strach ich było sanitariuszom na nosze przełożyć. Według drugiej wersji - romantycznej - Henio małżonkę oblał benzyną i podpalił w afekcie, gdyż wiarołomstwo mu uczyniła i zdradę. A potem sam się dla niepoznaki podpalił, że niby to wszystko przypadek był tragiczny. Ale czy tak było? I czy rzeczywiście Henio? Tego chyba już nigdy się nie dowiemy, chyba że z najnowszego numeru Zeszytów Wolskich...
20 października 2010
Mosty, mostki, kładki... a właściwie wiadukt
W związku z akcją "pomostową" Grupy przypomnieliśmy sobie o pewnym dawno znalezionym poście na Froncie Wola. W poście tym można przeczytać o "Pokoleniu" Wajdy, a dokładniej o pierwszych dwóch minutach tego filmu, z przepiękną wolską panoramą. Post ten skłonił nas nie tylko do obejrzenia filmu ale i do sięgnięcia po książkę Bohdana Czeszki i przeczesania tejże książki wzdłuż i wszerz w poszukiwaniu znajomych miejsc na Woli i na Kole. Dużo się tego znalazło - wolski przewodnik "pokoleniowy" można by zrobić. Póki co - dalsze kilka minut filmu - napad na pociąg z widokiem na wiadukt przy Górczewskiej, czyli tematycznie w zgodzie z dzisiejszą akcją GTWB. Film na youtube, a poniżej fragment z książki.
„Stacho Kowalik, Zyzio i Kostek gadali jeden przez drugiego, sapali przez nos, zgrzytali zębami, przerywali sobie nawzajem. Stacho także rozgadał się, głowa jego stała się pusta i leciały przez nią myśli nieważkie, a olśniewające. Teraz i on sapał i zgrzytał zębami.
Siedzieli potem na zewnątrz, opierając plecy o nagrzaną słońcem ścianę pieca. Niebo nad ich głowami wisiało wysoko, było lśniące i miękkie jak futro czarnego kota. Kostek grał najbardziej tęskne melodie.
Pili, a Kostek pochylając nisko twarz nad Stachem pytał: «...No jak, idziesz z nami, terminatorze?»
– Zostaw, on teraz majstrowi dziecko bawi. Koszyk z kartoflami nosi za majstrową – dogadywał Zyzio i gęgał śmiejąc się do rozpuku.
Stacho zamknął mu gębę, powiedział, że idzie. Zapragnął jeszcze ten ostatni raz skoczyć na pociąg dudniący w mroku, uczepić się pazurami byle czego, przypłaszczyć się do desek aby pęd nie oderwał, i wyrzucać później na pole, co popadnie pod rękę: skrzynie, worki, grudy węgla.
– Bogate transporty idą na wschód dla armii: tłuszcze, cukier, buty... a ty co? Za nędzne fenigi jak kto głupi. – Kostek odepchnął głowę Stacha gestem obrzydzenia.
Później czołgali się bruzdami ogrodów. Mokra od rosy nać chlastała po twarzy. Dusili brzuchami badyle i owoce pomidorów wydzielające zapach tak mocny, że prawie dawał się smakować.
Dalej jest gładki, porośnięty krótką trawą stok kolejowego plantu. Dudni pociąg gnający na wschód po obwodowej linii. Lokomotywa świeci przymrużonymi reflektorami.
«Parowóz patrzy jak koza. Koza ma prostokątne źrenice pionowo, a to na płask» – myśli Stacho i zwilża co chwila śliną zasychające gardło. Parowóz przeleciał i teraz łomoczą wagony kołami po spojeniach szyn.
Pierwszy skoczył Zyzio. Poderwał się, w długich susach biegł za wagonem. Widzieli jego czarną sylwetkę w szarej poświacie gwiazd.
Następny, Kostek, uniósł się na rękach i wtedy właśnie klasnął strzał, wydawało się – tuż nad ich głowami. Jęknęła kula i w tym samym momencie Zyzio krzyknął: A, a, a! Nie było ratunku. Posypały się z plantu drobne kamienie. Szurnęli w kartofle jak szczury. Niemcy klęli, świecili latarkami. Jeden z nich warczał: Raketen – das brauche ist jetzt. Zrozumieli słowo Raketen i poczołgali się szybciej.
Kiedy charczeli ze zmęczenia, łapiąc oddech w ciepłej, pełnej znajomych woni klatce schodowej domu, Kostek mówił:
– Poznałem po głosie, to był «panenka» – banszuc. Dobrze, że psa nie mieli. Widziałeś, jak polują łobuzy... (zabrzmiała nutka podziwu) ...ale ten «panenka» to on się na mnie nadzieje, ja jemu jeszcze w swoim życiu kozikiem dogodzę. Teraz trzeba zniknąć na parę dni, bo Zyzio sypnie, jak go zaczną maglować.
Obawy okazały się płonne. Pocisk oderwał Zyzia od stopnia wagonu, a koła całego długiego pociągu rozniosły jego ciało na strzępy”.
Bohdan Czeszko, Pokolenie, str. 28-29
Siedzieli potem na zewnątrz, opierając plecy o nagrzaną słońcem ścianę pieca. Niebo nad ich głowami wisiało wysoko, było lśniące i miękkie jak futro czarnego kota. Kostek grał najbardziej tęskne melodie.
Pili, a Kostek pochylając nisko twarz nad Stachem pytał: «...No jak, idziesz z nami, terminatorze?»
– Zostaw, on teraz majstrowi dziecko bawi. Koszyk z kartoflami nosi za majstrową – dogadywał Zyzio i gęgał śmiejąc się do rozpuku.
Stacho zamknął mu gębę, powiedział, że idzie. Zapragnął jeszcze ten ostatni raz skoczyć na pociąg dudniący w mroku, uczepić się pazurami byle czego, przypłaszczyć się do desek aby pęd nie oderwał, i wyrzucać później na pole, co popadnie pod rękę: skrzynie, worki, grudy węgla.
– Bogate transporty idą na wschód dla armii: tłuszcze, cukier, buty... a ty co? Za nędzne fenigi jak kto głupi. – Kostek odepchnął głowę Stacha gestem obrzydzenia.
Później czołgali się bruzdami ogrodów. Mokra od rosy nać chlastała po twarzy. Dusili brzuchami badyle i owoce pomidorów wydzielające zapach tak mocny, że prawie dawał się smakować.
Dalej jest gładki, porośnięty krótką trawą stok kolejowego plantu. Dudni pociąg gnający na wschód po obwodowej linii. Lokomotywa świeci przymrużonymi reflektorami.
«Parowóz patrzy jak koza. Koza ma prostokątne źrenice pionowo, a to na płask» – myśli Stacho i zwilża co chwila śliną zasychające gardło. Parowóz przeleciał i teraz łomoczą wagony kołami po spojeniach szyn.
Pierwszy skoczył Zyzio. Poderwał się, w długich susach biegł za wagonem. Widzieli jego czarną sylwetkę w szarej poświacie gwiazd.
Następny, Kostek, uniósł się na rękach i wtedy właśnie klasnął strzał, wydawało się – tuż nad ich głowami. Jęknęła kula i w tym samym momencie Zyzio krzyknął: A, a, a! Nie było ratunku. Posypały się z plantu drobne kamienie. Szurnęli w kartofle jak szczury. Niemcy klęli, świecili latarkami. Jeden z nich warczał: Raketen – das brauche ist jetzt. Zrozumieli słowo Raketen i poczołgali się szybciej.
Kiedy charczeli ze zmęczenia, łapiąc oddech w ciepłej, pełnej znajomych woni klatce schodowej domu, Kostek mówił:
– Poznałem po głosie, to był «panenka» – banszuc. Dobrze, że psa nie mieli. Widziałeś, jak polują łobuzy... (zabrzmiała nutka podziwu) ...ale ten «panenka» to on się na mnie nadzieje, ja jemu jeszcze w swoim życiu kozikiem dogodzę. Teraz trzeba zniknąć na parę dni, bo Zyzio sypnie, jak go zaczną maglować.
Obawy okazały się płonne. Pocisk oderwał Zyzia od stopnia wagonu, a koła całego długiego pociągu rozniosły jego ciało na strzępy”.
Bohdan Czeszko, Pokolenie, str. 28-29
19 października 2010
Mapa Warszawskich Osiedli
Dziś, dosłownie przed chwilą, trafiliśmy na ciekawy internetowy projekt Stowarzyszenia ODBLOKUJ (odblokuj.org). Na stronie stowarzyszenia można obejrzeć Mapę Osiedli, która jest na bieżąco uzupełniana. Najciekawsza rzecz - kolory oznaczają dekady powstania poszczególnych osiedli.
Przy opisie inicjatywy - drobny apel autorów, który pozwalamy sobie powtórzyć: "Jeżeli zauważyłeś błąd albo masz dodatkowe informacje o którymś z opisanych lub nieopisanych osiedli bardzo prosimy o kontakt pod adresem stowarzyszenie@odblokuj.org Zbieramy także zdjęcia z poszczególnych osiedli i w przyszłości zamierzamy dołączyć je do bazy informacji."
Zachęcamy - piszcie, zgłaszajcie, współtwórzcie!
Przy opisie inicjatywy - drobny apel autorów, który pozwalamy sobie powtórzyć: "Jeżeli zauważyłeś błąd albo masz dodatkowe informacje o którymś z opisanych lub nieopisanych osiedli bardzo prosimy o kontakt pod adresem stowarzyszenie@odblokuj.org Zbieramy także zdjęcia z poszczególnych osiedli i w przyszłości zamierzamy dołączyć je do bazy informacji."
Zachęcamy - piszcie, zgłaszajcie, współtwórzcie!
21 sierpnia 2010
W drodze... czyli gdzieś między Warszawą a...
Przy okazji akcji GTWB przypomnieć chcielibyśmy serial polski "Droga" i piosenkę z tegoż serialu śpiewaną przez Wojciecha Młynarskiego. Tekst poniżej, a posłuchać można choćby tu.
Spokojnego nie znam dnia,
na czczo spalam pety dwa
I herbaty tak jak trza
nie posłodzę,
Po asfalcie czy przez piach,
gładko czy po kocich łbach,
Taki mi się trafił fach,
życie w drodze.
Uciekają rzędy drzew,
twarz mi chłodzi wiatru wiew,
Świat uśmiecha się, psiakrew,
bałamutnie,
A ja biorę gaz pod but,
raz na objazd, raz na skrót,
Byle dalej, byle w przód,
absolutnie, absolutnie.
No a gdyby kiedy kto
zadał mi pytanie to,
Co mnie nocą razy sto
ze snu budzi,
Gdybym miał powiedzieć wam,
dokąd gonię, dokąd gnam,
Ja odpowiedź jedną mam:
gnam do ludzi.
Raz na objazd, raz na skrót,
bo chodź się trafiają wśród
Ludzi często nieźli trut-
nieźli trutnie,
Choć mnie nieraz wkurzą i
zdrowo mi napsują krwi,
W sumie fajnie z nimi mi,
absolutnie, absolutnie.
Robotnik gite ładuje kitę
„[...] Pamiętam, jak pracując wspólnie przy pasowaniu okien w nowowybudowanym skrzydle fabryki Wedla kradliśmy kakao i czekoladowe wyroby. Kradliśmy nie po partacku, lecz dorabialiśmy klucze do precyzyjnych zamków cuhaltowych, a kakao wywoziliśmy nawet samochodem naszej firmy przywożącym nam materiał. Portierowi, w zamian za przymrużenie oka, zrobiliśmy solidna pakę na węgiel, wybitą kradziona blachą, a także złożyliśmy mu beznadziejnie rozsypaną balię. Po tej dziwaczejącej już wówczas fabryce krążył jeszcze stary Wedel – szczupły, dystyngowany pan, konkurujący na rynkach światowych z Suchardem, chodził i wściekał się, ponieważ działy się rzeczy niepojęte: Kradną... Kradną w JEGO fabryce, w tym wzorcu fabryk cukierniczych, w tym latami pielęgnowanym precyzyjnym mechanizmie... Biedny...
Zazwyczaj kradliśmy na mieście. Nie gnębiły nas żadne skrupuły, ponieważ okradaliśmy wroga. Kakao, które wyprowadziliśmy od Wedla, zasiliłoby kaloriami jedynie przemarzających pod Stalingradem esesmanów i lotników Luftwaffe. W ten sposób kilkakrotnie wcale nieźle podreperowaliśmy się.
Kradzież materiałów w takiej fabryce jak nasza nie mogła przynosić większego dochodu, ponieważ jest trudno ukraść drzewo posiadające wartość przemysłową. Niekiedy, bardzo rzadko, trafia się sposobność spławienia kilku desek w czasie transportu do fabryki. Nigdy nie gardziłem taką sposobnością. Inne materiały, takie jak: politura, barwniki, klej, gwoździe, śruby i okucia, kradliśmy w takich ilościach, jakie potrzebne nam były przy wykonywaniu fuszerek i partanin. Trzeba wyjaśnić te pojęcia. Wykonywanie fuszerek i partanin było drugą drogą wiodącą do powiększenia dochodu. Fuszerka oznacza wykonanie w czasie należącym do pracodawcy, w czasie godzin fabrycznych, drobnych robót z materiału fabrykanta, oczywista, na własny rachunek. Fuszerkę, lub jak chcą inni, „fuchę”, można niekiedy ukryć w normalnym toku produkcji tak, że nikt tego nie zauważy. Bywa jednak, że przedmiot wykonywany odbiega wyglądem od tego, co w danej chwili produkuje fabryka, wówczas trzeba albo zblatować majstra, albo poprosić kolegów o kapowanie na niego, kiedy samemu w pocie czoła pracuje się na chleb. Pierwszy sposób jest skuteczniejszy, ludzie są ludźmi. Gotowe owoce fuszerki lub części przygotowane do montażu wynosiliśmy, pamiętam, w workach z wiórami lub w fałdach odzienia.
Partanina jest to robota wykonywana poza godzinami pracy. „Złapać partaninę na mieście” oznacza: otrzymać zamówienia na wykonanie usługi. Niekiedy wymagało to przerwania pracy w fabryce na jeden lub kilka dni, stwarzało konieczność przyjęcia wspólnika, a nawet zorganizowania brygady wówczas, kiedy zlecenia miało charakter poważniejszy i było pilne. Pracowało się także po fajrancie na partaninach. Niewielu wykonywało te roboty solidnie. Brak materiałów i narzędzi, fatalne niekiedy stanowisko robocze, wreszcie chęć pospiesznego zarobienia pieniędzy, idąca w parze z niefachowością odbiorcy, to wszystko na równi pozwalało, jak i zmuszało „puścić” robotę. Stąd może i nazwa: partanina, oznaczająca przecież robotę marną, partacką.
Reszta jest już legalnością.
Sprzedawaliśmy przydzielaną nam po sztywnych cenach odzież roboczą. To jednak nie opłacało się. Za te marne łachy dostawało się nędzne grosiwo, a i my z biegiem lat wydzieraliśmy się z ze wszystkiego. Jeden chyba Zygmunt nieuchronnie niósł każdy nowy kombinezon do „Mietka”, który miał w „Czerwoniaku” na Dworskiej knajpę z wyszynkiem gwarantowanego bimbru w różnych gatunkach (cukrowy, żytni, z melasy, z buraków cukrowych i t. d., po tym z buraków odbijało się piwnicą).
W domowym budżecie każdego z nas kłopotliwą pozycję stanowił opał. Likwidowaliśmy tę pozycję gromadząc w ciągu lata w komórkach i składzikach zapas wiórów na zimę. Zimą, bezustannie uzupełniając zapas, paliliśmy tymi wiórami w specjalnie do tego celu przygotowanych piecykach. Wióry płonęły niesłychanie szybko i dawały niewiele ciepła, dlatego braliśmy także kitę.
Kita – to przycięte odpowiednio klocki drewna, kawałki desek, odpady... Jeśli brakło odpadów, nawet nam ręka nie drgnęła, kiedy rżnęliśmy tłusty, smolny ramiak drzwiowy lub nogę stołu. Byli wśród nas utalentowani kiciarze, którzy nie zadowalali się byle czym. Przygotowywali sobie ładunek w ciągu całego dnia, pilnie bacząc na smolistość drzewa sosnowego, węsząc za twardym dębem lub tak pięknie płonącą brzeziną. Klocki przycinali sobie „do winkla” układając paczkę jak skomplikowaną łamigłówkę. Wynoszenie drzewa pod wszelka postacią było zabronione, ale kitę ładowaliśmy do worków z wiórami, które można było zabierać w dowolnych ilościach. Na budowie, na mieście, rzecz była daleko prostsza, bowiem nikt nas nie kontrolował. Na budowie zawijaliśmy kitę w papier, by w tramwaju nie pobrudzić współpasażerów. Jedynie łopaciarze i pomoc murarska wozili swoje nabite gwoździami i byle jak połupane dechy na nic w tłoku nie bacząc. W nas jednak – wykwalifikowanych robotnikach – kołatały się resztki godności i ogłady. Zgrabnie sporządzona i owinięta papierem paczka mogła zawierać cokolwiek innego, a nie koniecznie te właśnie żałosne skrawki drewna.
Kita to nie był wynalazek wojenny. Kiciarzy namnożyła już przed wojną kryzysowa bieda. Przed tym jedynie chyba sezonowi robotnicy – chłopi, którym natura nie pozwalała przejść spokojnie obok walającego się bez opieki kawałka drewna, uprawiali kiciarstwo. Naśladować ich później poczęli wszyscy, którzy mieli do czynienia z drewnem: stolarze, cieśle, parkieciarze, okuwacze... W czasie wojny kita stała się powszechna. Ostatecznie trzeba na czymś ugotować tego kartofla z postem. «Robotnik gite ładuje kitę» – takim powiedzonkiem okraszaliśmy sobie tę czynność ubogich. Poniżająca była i kradzież i fuszerka, ale działania te zawierały w sobie element męskiego ryzyka, kita natomiast trąciła żebractwem. [...]
Panowało powszechne przekonanie, oparte na historycznym doświadczeniu (starsi pamiętali pierwszą wojnę światową i okres prosperity, jaki później nastąpił), że po wojnie, kiedy minie okres stabilizacji rozjątrzonego życia, nadejdą dobre czasy.
«Roboty nie przerobisz... Zaraz po wojnie położę się na trawie i na zelówkach kredą napiszę moją cenę, aby mnie po próżnicy nie budzili» – tak mawiali buńczuczni. Okres kryzysu gospodarczego z lat trzydziestych wraził się w pamięć ludzką bardzo boleśnie i nie tylko za biedę szukali zadośćuczynienia w czasach, które miały nadejść, lecz także za wszystkie upokorzenia. «Kto przeżyje, będzie żył po ludzku». Nie będzie fuszerek i kiciarstwa – żebraczej pogoni za kawałkiem smolnego drewna, powróci duma zawodowa, godność ludzi umiejących wytwarzać.
Przed rokiem przyszedł do mnie Ele. Wszedł i postawił pod drzwiami teczkę. Nic się nie zmienił zewnętrznie. Musiał być młodszy, niż sądziłem wówczas. Potoczyły się opowieści. [...]
Przy pożegnaniu podając mu teczkę zważyłem ją w ręku.
- Graty taszczysz, Ele? Załapałeś partaninę na mieście?
- Nie – powiedział. – to kita”.
Bohdan Czeszko, Edukacja niesentymentalna, Naukowa rozprawa o kicie, Warszawa 1958, s. 163-169.
Zdjęcie: Pokolenie (1954), reż. Andrzej Wajda, scen. Bohdan Czeszko
Zazwyczaj kradliśmy na mieście. Nie gnębiły nas żadne skrupuły, ponieważ okradaliśmy wroga. Kakao, które wyprowadziliśmy od Wedla, zasiliłoby kaloriami jedynie przemarzających pod Stalingradem esesmanów i lotników Luftwaffe. W ten sposób kilkakrotnie wcale nieźle podreperowaliśmy się.
Kradzież materiałów w takiej fabryce jak nasza nie mogła przynosić większego dochodu, ponieważ jest trudno ukraść drzewo posiadające wartość przemysłową. Niekiedy, bardzo rzadko, trafia się sposobność spławienia kilku desek w czasie transportu do fabryki. Nigdy nie gardziłem taką sposobnością. Inne materiały, takie jak: politura, barwniki, klej, gwoździe, śruby i okucia, kradliśmy w takich ilościach, jakie potrzebne nam były przy wykonywaniu fuszerek i partanin. Trzeba wyjaśnić te pojęcia. Wykonywanie fuszerek i partanin było drugą drogą wiodącą do powiększenia dochodu. Fuszerka oznacza wykonanie w czasie należącym do pracodawcy, w czasie godzin fabrycznych, drobnych robót z materiału fabrykanta, oczywista, na własny rachunek. Fuszerkę, lub jak chcą inni, „fuchę”, można niekiedy ukryć w normalnym toku produkcji tak, że nikt tego nie zauważy. Bywa jednak, że przedmiot wykonywany odbiega wyglądem od tego, co w danej chwili produkuje fabryka, wówczas trzeba albo zblatować majstra, albo poprosić kolegów o kapowanie na niego, kiedy samemu w pocie czoła pracuje się na chleb. Pierwszy sposób jest skuteczniejszy, ludzie są ludźmi. Gotowe owoce fuszerki lub części przygotowane do montażu wynosiliśmy, pamiętam, w workach z wiórami lub w fałdach odzienia.
Partanina jest to robota wykonywana poza godzinami pracy. „Złapać partaninę na mieście” oznacza: otrzymać zamówienia na wykonanie usługi. Niekiedy wymagało to przerwania pracy w fabryce na jeden lub kilka dni, stwarzało konieczność przyjęcia wspólnika, a nawet zorganizowania brygady wówczas, kiedy zlecenia miało charakter poważniejszy i było pilne. Pracowało się także po fajrancie na partaninach. Niewielu wykonywało te roboty solidnie. Brak materiałów i narzędzi, fatalne niekiedy stanowisko robocze, wreszcie chęć pospiesznego zarobienia pieniędzy, idąca w parze z niefachowością odbiorcy, to wszystko na równi pozwalało, jak i zmuszało „puścić” robotę. Stąd może i nazwa: partanina, oznaczająca przecież robotę marną, partacką.
Reszta jest już legalnością.
Sprzedawaliśmy przydzielaną nam po sztywnych cenach odzież roboczą. To jednak nie opłacało się. Za te marne łachy dostawało się nędzne grosiwo, a i my z biegiem lat wydzieraliśmy się z ze wszystkiego. Jeden chyba Zygmunt nieuchronnie niósł każdy nowy kombinezon do „Mietka”, który miał w „Czerwoniaku” na Dworskiej knajpę z wyszynkiem gwarantowanego bimbru w różnych gatunkach (cukrowy, żytni, z melasy, z buraków cukrowych i t. d., po tym z buraków odbijało się piwnicą).
W domowym budżecie każdego z nas kłopotliwą pozycję stanowił opał. Likwidowaliśmy tę pozycję gromadząc w ciągu lata w komórkach i składzikach zapas wiórów na zimę. Zimą, bezustannie uzupełniając zapas, paliliśmy tymi wiórami w specjalnie do tego celu przygotowanych piecykach. Wióry płonęły niesłychanie szybko i dawały niewiele ciepła, dlatego braliśmy także kitę.
Kita – to przycięte odpowiednio klocki drewna, kawałki desek, odpady... Jeśli brakło odpadów, nawet nam ręka nie drgnęła, kiedy rżnęliśmy tłusty, smolny ramiak drzwiowy lub nogę stołu. Byli wśród nas utalentowani kiciarze, którzy nie zadowalali się byle czym. Przygotowywali sobie ładunek w ciągu całego dnia, pilnie bacząc na smolistość drzewa sosnowego, węsząc za twardym dębem lub tak pięknie płonącą brzeziną. Klocki przycinali sobie „do winkla” układając paczkę jak skomplikowaną łamigłówkę. Wynoszenie drzewa pod wszelka postacią było zabronione, ale kitę ładowaliśmy do worków z wiórami, które można było zabierać w dowolnych ilościach. Na budowie, na mieście, rzecz była daleko prostsza, bowiem nikt nas nie kontrolował. Na budowie zawijaliśmy kitę w papier, by w tramwaju nie pobrudzić współpasażerów. Jedynie łopaciarze i pomoc murarska wozili swoje nabite gwoździami i byle jak połupane dechy na nic w tłoku nie bacząc. W nas jednak – wykwalifikowanych robotnikach – kołatały się resztki godności i ogłady. Zgrabnie sporządzona i owinięta papierem paczka mogła zawierać cokolwiek innego, a nie koniecznie te właśnie żałosne skrawki drewna.
Kita to nie był wynalazek wojenny. Kiciarzy namnożyła już przed wojną kryzysowa bieda. Przed tym jedynie chyba sezonowi robotnicy – chłopi, którym natura nie pozwalała przejść spokojnie obok walającego się bez opieki kawałka drewna, uprawiali kiciarstwo. Naśladować ich później poczęli wszyscy, którzy mieli do czynienia z drewnem: stolarze, cieśle, parkieciarze, okuwacze... W czasie wojny kita stała się powszechna. Ostatecznie trzeba na czymś ugotować tego kartofla z postem. «Robotnik gite ładuje kitę» – takim powiedzonkiem okraszaliśmy sobie tę czynność ubogich. Poniżająca była i kradzież i fuszerka, ale działania te zawierały w sobie element męskiego ryzyka, kita natomiast trąciła żebractwem. [...]
Panowało powszechne przekonanie, oparte na historycznym doświadczeniu (starsi pamiętali pierwszą wojnę światową i okres prosperity, jaki później nastąpił), że po wojnie, kiedy minie okres stabilizacji rozjątrzonego życia, nadejdą dobre czasy.
«Roboty nie przerobisz... Zaraz po wojnie położę się na trawie i na zelówkach kredą napiszę moją cenę, aby mnie po próżnicy nie budzili» – tak mawiali buńczuczni. Okres kryzysu gospodarczego z lat trzydziestych wraził się w pamięć ludzką bardzo boleśnie i nie tylko za biedę szukali zadośćuczynienia w czasach, które miały nadejść, lecz także za wszystkie upokorzenia. «Kto przeżyje, będzie żył po ludzku». Nie będzie fuszerek i kiciarstwa – żebraczej pogoni za kawałkiem smolnego drewna, powróci duma zawodowa, godność ludzi umiejących wytwarzać.
Przed rokiem przyszedł do mnie Ele. Wszedł i postawił pod drzwiami teczkę. Nic się nie zmienił zewnętrznie. Musiał być młodszy, niż sądziłem wówczas. Potoczyły się opowieści. [...]
Przy pożegnaniu podając mu teczkę zważyłem ją w ręku.
- Graty taszczysz, Ele? Załapałeś partaninę na mieście?
- Nie – powiedział. – to kita”.
Bohdan Czeszko, Edukacja niesentymentalna, Naukowa rozprawa o kicie, Warszawa 1958, s. 163-169.
Zdjęcie: Pokolenie (1954), reż. Andrzej Wajda, scen. Bohdan Czeszko
11 sierpnia 2010
Rewitalizacja nieparzystej Obozowej
Zaczęło się w lipcu. Czas Przeszły był tak zszokowany, że tylko fotki pstrykał i kisił, na blogu nie zamieszczał. Czynnikiem niewątpliwie potęgującym wrażenie był fakt, że rewitalizacja rozpoczęła się, jak na nasze polskie standardy, dość nietypowo - od wymiany infrastruktury podziemnej. Przypomnieć należy, że jeszcze w zeszłym roku parzysta Obozowa odnawiana była w stylu klasycznym tj. najpierw zieleń i nasadzenia, a następnie megawykopki. Wykonawcy udało się też zasypać studzienki kanalizacyjne, do tej pory nie wszystkie odnaleziono... Ale wróćmy do roku bieżącego. Miesiące mijają - rewitalizacja trwa. Zapraszamy do galerii lipcowej i sierpniowej.
Subskrybuj:
Posty (Atom)







